Bieszczadzka opowieść cz.I... (Bukowe Berdo, Krzemień, Tarnica, Szeroki Wierch)

Bieszczadzka opowieść cz.I... (Bukowe Berdo, Krzemień, Tarnica, Szeroki Wierch)



W Bieszczadach - krainie obfitującej w jedyną tak prawdziwą dzikość, jaka ostała się w naszym bogatym geograficznie i kulturalnie kraju, zaszywam się od dawien dawna.
Nie tylko dlatego, że mam tu rzut beretem, co prowokuje do częstych wędrówek, ale przede wszystkim z uwagi na jedyną tak prawdziwie odczuwalną przestrzeń południowej Polski, zamkniętą na lukratywność i maszynowy sposób przetrwania. Tutaj czas płynie wolniej a więc i człowiek ma szansę czuć życie swoje dłużej i pełniej.  

W lipcowe, spokojne popołudnie znów ruszyłam w góry. Tym razem z Mucznego na Bukowe Berdo, które, przyznam z ręką na sercu, jest mi o niebo bliższe, niżeli chmara innych, wyższych, wznioślejszych, paradniejszych grzbietów górskich, które już zdążyłam ujrzeć.

Przemierzyłam wiele grzęd wysłanych rumoszem, wiele skalistych koleb, łagodniejszych i ostrzejszych nachyleń, galeryjek, grani, wiele wzdętych zielenią lasów, gdzie dukt zakręcał mocniej w górę, a czasem szybko opadał wzdłuż szerokiej skarpy. Każdy z nich wskrzeszał we mnie pragnienie bycia spójną, faktyczną, z krwi i kości siostrą przyrody. Jednak to zieleń lasów Bieszczadów, przenikniona mistycznym drżeniem wiatru doprowadziła mnie do urzeczywistnienia siebie w tym pragnieniu.
Tu się prastare drzewa schylają konarem nad wilgotną ziemię, pokazując ciekawskiemu oku skazy pazurów dzikich zwierząt. Tu wydrążonym otworem wypływa zapach żywicy, mieszając się na skraju gąszczu z słodkością ciemnych jagód. Po deszczu wszelkie zielone stworzenie paruje duchem ponad wysokość swych koron. Duch ów nie tylko widzialny, ale i dający się poczuć. Nie ma drugich lasów jak te, co się wzbiły aż pod czesane w warkocze połoniny.
Wzdłuż szlaku wieńce gałęzi, tworzące nadproża i grube pnie po ich boku stanęły otwartą dla człowieka bramą. Przechodząc przez nią można usłyszeć głośniejszy śpiew ptaków i doświadczyć czulszej skóry, rysując ramiona skąpymi witkami.
Chociaż pieśni o Bieszczadzkich Aniołach dawno temu wyruszyły w świat, jakimże zaskoczeniem jest ujrzeć je wrysowane w korę drzew. Zasiadły tu swym anielskim tabunem, pozdrawiając zmęczonych wędrowców, wchodzących na Bukowe Berdo. Czasem smutnieją. Czasem się cieszą. Nieraz nawet przeskoczą na inne drzewo, by nim zaciekawić zbłąkanego człowieka, lub wskazać drogę. Tu się drzew nie pomija wzrokiem, bo to są drzewa Bieszczadu.



A skoro już żeśmy się spotkali, to musiałam spytać skrzydlatych, gdzie podziewa się ich brat Wrzosik, który tak filgarnie obsiadywał moje ramię i wieszał się na poręczy rąk, gdym jakiś czas temu szła pasmem Caryńskiej. One milczące, nie wypowiedziały słowem ani swojej ani mojej za nim tęsknoty. Wyszłam wnet naprzeciw strzelistej gęstwinie. Wśród jej rozłogów, ujrzałam splecione z sobą drzewa, tak samo czule splecione, jak te, co niegdyś stanęły na zejściu z Rawki. O, jakże ten widok mnie uradował! Duch Wrzosika był tu obecny. Zbiegał się z liśćmi, otulającymi ich wymyślną postać.
W rozkosznym przegięciu zwisało drzewo na drzewie, wsparte biodrami o swoje biodra. Co za zniewalająca scena!
Ciszej. Nie płosz Bieszczadzkich Aniołów. Czas Ci opuścić te zarośla i ruszyć w drogę. Ona nawołuje, by nią przechadzać się tyle razy, ile potrzebuje serce.



A więc ruszyłam, jak mogłam najprędzej, by wreszcie wyjść z cienia zarośli i w pełnym słońcu wsłuchać się w góry.
One dumnie piętrzyły się granatową falą  pod sklepieniem nieba. Wiatr trzepotał liśćmi, rozganiając przyległe do nich owady. Wszystko wznosiło się i opadało w jednym, delikatnie zawiązanym suple życia. Z harmonią wnętrza i ciała, zgasiłam całą słabość codziennej fabuły, wytrzepałam się z wszystkiego, co zastaje w świecie, a nie pociesza mnie, zdobyłam się na przebycie bramy zmysłowej i w niej oczyszczona oczekiwałam na spotkanie z największą wartością gór - świętym spokojem. Tu go brać, całe szczęście, można garściami.



Bukowe Berdo... W nim gości prawdziwa ulga. Inaczej tu, jak na popularniejszych szlakach Bieszczadów. Ścięte zwały skalne, odchylone ramieniem w kierunku Ukrainy, zapraszają, by w nich spocząć i napawać się widokiem bezkresnego horyzontu. Trawy wezbrane w kształtne witraże, spoczywają posłusznie u ich stóp, zaznaczając swe przyrodne pochodzenie. Tylko nieraz mała kępka ośmieli się obróść skałki, zmiękczając swym posłaniem surową fakturę.
Usiadłam, zachęcona różnorodnością urodzaju. Lubię tu przesiadywać. Czas płynie inaczej a i duch, jakby młodszy, w twarz dziecka przybrany, z dziką, nieokrzesaną radością wybiega do swej Matki Ziemi, by się schować w jej ramionach.



Cienie przemykały po brunatnej płachcie lasu, wydobywając każdy jego załom, niewidoczny oczom w gorejącym słońcu. Któż utkał tak misterną tkaninę? Któż tak stożkowato obciął jej końce, oprawił zmierzwionymi frędzlami i wdział na garb prastarej góry? Artyzm przemówił nawet przez niedopracowane, gładkie pola, wystające policzkiem z jej głowy.





Wejść tu i nie przejść całego pasma (tzw. Połoniny Dzwiniackiej, która ma aż trzy wierzchołki kulminacyjne) to jakby naciągnąć ze studni, przypatrzeć się wodzie i wlać ją z powrotem z ciemny pionowy korytarz. Nie popełniam takich zaniechań.
Zrośnięte z sobą grzbiety, sytuowane są w taki sposób, że z każdego z nich widać dwa pozostałe. Zatem panorama, jaka rozprzestrzenia się i zmienia wraz z każdym przebytym krokiem ciekawi, pociąga i pozwala ujrzeć to samo z różnych perspektyw.
Wyższy i najwyższy moment kulminacyjny widziany z najniższego
Podchodząc z środkowego na najwyższy moment kulminacyjny, przejść trzeba przez zakrzewiony tunel, obrośnięty miejscami nawet dość dorodnymi, choć karłowatymi drzewami. To kolejna dobra odmiana, lecz mniej przyjemna bywa, gdy się jej stawia czoła w pojedynkę wieczorową porą. Całe szczęście tym razem, choć świeciło pustkami, a w gąszczu coraz bardziej nasilał się dzwięk łamanych gałęzi, dzielnie konfrontowałam, idąc z światłem dnia.

Wnet gałęzie po lewej rozbujały się silniej, a powonienie dziczy rozprzestrzeniało w każdym skrawku mojej skóry.
Przez chwilę baczniej nastroszyłam rozbieganie myśli. Potem pomknęłam dalej, nie oglądając się już za siebie wcale. I za to kocham Bieszczady. Właśnie za to. 

Wspinałam nogi coraz wyżej złotym szlakiem, podjadając jagody, porastające krawędzie ścieżki.
Niebawem ukazał się najwyższy i zarazem ostatni kraniec Bukowego Berda. Jaki on dostojny!


Za mną zaś zostało całe przebyte pasmo, którym miałam zamiar wracać. Nachodziła mnie jednak coraz to bardziej nieustępliwa myśl, żeby tego nie robić. Dzień przecież jeszcze płonie jasnościami i niechętnie schyla się ku nocy. Warto zostać tu choćby trochę dłużej.


Nieodgadnienie rzuciło mnie w trawy, dopominając się dalszego oczyszczania ze spraw ziemskich, a więc nie mogłam tego rozegrać inaczej, jak tylko dać porwać się obłędnemu kluczeniu po ramie zapamiętywanych zjawisk.


Opuszczona przystań szczytu rozszeptała się wspomnieniem wzniesionego kurzu. Nie było w niej odciśniętych śladów, ani zgubionych apaszek. Prócz potęgi nieskończonego piękna, nie przybywało tu nic. Dlaczego jesteś tak samotna, Połonino Dzwiniacka? Czy wracają do Ciebie chociaż ranne ptaki, wypłukując dzioby z wielkich ptasich trosk?
Świat ludzi skutych kajdanami cywilizacji przeminął. Nie dotykają Cię zlęknione serca, nie utulają do popołudniowego śnienia głaszczącym przeciągnięciem rąk.

Nieraz smutnieję, bo wiem, że i moja obecność tu przeminie. Zamknę powieki, zasnę z niepogodzeniem i zszarzeje światło w moich oczach. Usłużnie zniknę w niepogodzie wieści, a
Ty zostaniesz tu wieczna. Może dojdą Cię moi potomkowie i ukochają tak samo, a może jeszcze silniej zwiążecie się z sobą.
Już teraz tęsknię za Tobą, połonino.
Czas jest zbyt prędki, a my w nim za wolni.


Jak czułam, tak zrobiłam; zażegnałam na dobre myśl o powrocie i wyruszyłam przed siebie w kierunku Krzemienia. Droga to przemieniająca człowieka, całkiem różna od wcześniejszej, trochę rzucona na opak w kopulaste kopczyki traw, inaczej zupełnie czesane, niżeli długie, zmierzwione grzywy Berda.
Wiatr przechadzał się po długiej promenadzie, wychładzając spieczone słońcem rośliny. Jego geniusz rozdarty między oczywistą funkcyjność, a nadrzeczywistą sztukę monodramu, wcielał mnie w rolę samotnego bohatera, bajającego przyrodzie o swych bytowych kłopotkach. Wcale nie wzbraniałam się przed mówieniem zielonej polanie, co mi ślina na język zaniosła.
''Góry milczą, wszystko, co milczy nadaje się do przechowywania ludzkich tajemnic.''- napisał kiedyś ks. Józef Tischner.


Cienie kładły się po szerokim polu, podkreślając asymetrię, której towarzystwo na całe szczęście wkrótce wyrwało mnie z płonnej melancholii. Już mi przybyło więcej szczegółów przed oczy, już bezwolność straciła się w otchłani nowej szerokości geograficznej. Lżej się nawet płynęło myślą za te szyte bielą chmury, bo posucha, utrzymująca się nad wyraz długo jak na tamte tereny, powoli osuwała się za coraz to świeższe, aromatyczniejsze powietrze, zbliżające wieczór.


Nawet nie wiem, jak się to stało, że minęłam wierzchołek Krzemienia i z beztroską odruchowych kroków zapuściłam się jeszcze dalej na przełęcz Goprowską, z której już pięknie i całkiem blisko sytuowana Tarnica, królowa tych stron, puszczała swe kusicielskie zielone oko, zapraszając z dumą do siebie. Nie wiem kompletnie, jak się to stało, że nie zrobiłam nawet jednego zdjęcia z wierzchołka Krzemienia, a dopiero, gdy kolana zaczęły odczuwać okropność założonych na zejściu drewnianych belek, zorientowałam się, że on już dawno za mną, w tyle. Znaczy, że zapomnienie na dobre rozbestwiło się w mojej głowie. Znaczy, żem już prawie oczyszczona, że Bieszczady kolejny raz odwaliły kawał porządnej roboty, zabierając ode mnie wszelkie planowanie, przewidywanie, oczekiwanie. Byłam coraz bardziej wolna i gotowa na to, by zejść znów w doliny.
Ale skoro zaszłam na tę stronę gór, nie zapowiadało się wcale, bym wróciła do Mucznego.
Przystanęłam, popatrzyłam za siebie i nadziwić się nie mogłam tej ostrej stromiznie, choć oglądałam ją z tej perspektywy już nie jeden raz.



Na przełęcz pod Tarnicą został już rzut beretem, a więc trzeba było zakasać rękawy. Audiencji u Królowej się nie odmawia.
Wypadałoby zagrać jakąś lekką gitarówkę na powitanie, ale w Bieszczadach jeszcze lepiej brzmi licha harmonijka. A skoro Hallelujah wychodzi mi całkiem niezle, niechże wybrzmi...


I've heard there was a secret chord
That David played, and it pleased the Lord
But you don't really care for music, do you?
It goes like this
The fourth, the fifth
The minor fall, the major lift
The baffled king composing Hallelujah

Hallelujah, Hallelujah
Hallelujah, Hallelujah






Leżałam długo na drewnianej ławce, wyciosanej tu na pochwałę spoczynku dla strudzonych wędrowców. Ani strudzona nie byłam, ani odpoczynku nie potrzebowałam, jednak leżałam. Nie wiem, czy trzymało mnie w ramionach tej góry rzeczone brzmienie  Hallelujah , czy może świadomość zbliżającego się zachodu, którego jak wiecie w takiej chwili darować bym sobie nie mogła. Poza tym śladową, bo śladową, ale wreszcie jakąś ilość osób ujrzałam na swojej drodze, co zdumiewająco dobrze mi zrobiło. Ot, choćby gapienie się na ich obezwładnione radością oczy, zmieniające kolor w zależności od położenia względem dogorywającego słońca. Nic to... niebawem spojrzeli pośpiesznie na zegarki i ruszyli czym prędzej najszybszą drogą w dół, żeby zdążyć schronić się przed nocą. A jednak... zabrakło mi takich, co czasu nie liczą, których czas przestaje dotyczyć. Sprzeniewierzyłam się temu, podrywając z ławki i ruszając w zupełnie innym kierunku, niż pozostałe uczłowieczone istoty. Zaszłam wnet na Tarniczkę, która rozdzielona z Tarnicą jest sporym siodełkiem. Zaczyna ona pasmo Szerokiego Wierchu, będąc jednocześnie jego najwyższą z czterech kulminacją. Nie tylko pięknie widać z niej Tarnicę, ale i całe Bieszczady Wschodnie, całościowo sytuowane na Ukrainie.

To rozwlekłe pasmo zobowiązujące do szybkiego marszu o tak póznej porze. Ale mi wcale się nie spieszyło. Snułam nogę z nogi, nie przegapiając co ważniejszych łun na niebie. A tych rodziło się z każdą minutą więcej i więcej. Gdy zaszłam w ponad pół drogi, podchodząc pod trzecią kulminację, chmury ubrały się w rumianą poświatę, zwiastującą soczyste przemijanie dnia.
Wiatr umilkł, jakby też zajął się oczekiwaniem na tę wymodloną chwilę. Pastelowe fiolety zaczynały swobodniej dotykać umierającego błękitu, a zielenie przemieniały się w rudość.
Przestrzeń oddychała coraz ciężej i głębiej...


Gdy dotarłam na ostatnią, czwartą kulminację Szerokiego, do pełnego zachodu został jeszcze szmat czasu, więc odeszłam z wiodącej mnie ścieżki w pobliskie pole obrosłe bezkrwistym zielskiem. Każda z śmielszych roślin wychylała smarkatą głowę znad wilgoci, wykazując się nie lada wdziękiem, którego mogłabym im śmiało pozazdrościć. Po ich listeczkach z ochotą przechadzały się wielgaśne pająki o długich łapach. Przędły pajęczyny, wiły intrygi. A wszystko po to tylko, by w przyrodzie panował należyty ład i co mniej bystre osobniki skrzydlate służyć mogły za pajęczą kolację. Nie miałam serca przyglądać się ich uczcie i wcale nie dlatego, by żal mi było biednych muszek, bo takie biedne to one wcale nie są. Gryzą jadowicie, gdy się chcę zdrzemnąć na biwaku, brzęczą nad uchem, wykłócają się o każdy skrawek skóry. Dlatego tylko wścibstwa zaniechałam, że sama poczułam głód, panujący nad każdym skurczem brzucha.


No dobra; to tylko wymówka. Bo jakże usprawiedliwić takie obżarstwo jagodami, jakiego dopuściłam się na Zboczu Szerokiego Wierchu? Nijak się tego powstrzymać nie dało. Zresztą... nikt im nie kazał się tak rozradzać, słodyczą smakować i dziczą pachnieć. Żadna kobieta by się nie oparła!
Maleńkie owoce malują sokiem usta; wpierw mocno obrysowując najbardziej łakome ich skrawki zsiniałym jak śliwa odcieniem, a potem kładąc na resztę powierzchni blady amarant. Tak przygotowana przez Matkę Naturę, mogę wystąpić w swym rytualnym tańcu na połoninie podczas gdy ostatni blask rozniesie się wzdłuż garbatej kreski widnokręgu.



Nim to wszystko miało nastąpić, spojrzałam na moment za siebie, gdzie het, na końcu świata anioły już szeptały górom ''dobranoc''. Cienkie białe smugi przerastały horyzont, pęczniejący od nadmiaru ciepła. Pochodem na szczyty odchodziły ostatnie zastępy jasności, by już po chwili oddać cześć przeciwległej stronie świata, trzymającej w ramionach złotą, życiodajną tarczę.
Tak natura pokazywała człowiekowi, jak wielu ustępstw powinien się jeszcze nauczyć.
Wszystko co się w niej wydarza podyktowane jest zgodną, niewybredną przemiennością. Każdy skrawek Ziemi, każdy robaczek, zwierz, ptak, każda roślina, każda pora dnia i nocy, a nawet każda góra ma swój własny czas na wyeksponowanie swego istnienia, lecz potem z pokorą ustępuje tego czasu kolejnym, by wspólnie zataczać krąg wiecznej pochwały.
My ludzie tego nie potrafimy. Może jesteśmy zbyt próżni.
Świętujmy ciszę, którą do nas przemawia i uczmy się tej ciszy, gdy my zaczynamy przemawiać. Wyczujmy swój naturalny rytm i zacznijmy nim leczyć się z doby fałszowanej cywilizacji. Nie bójmy się ciszy. Nie bójmy się dzikiej przyrody. Bójmy się tylko ludzi, którzy nie są sobą...


Nieoczekiwanie, wśród opustoszałych wzniesień, spotkałam pewną parę. Spieszyli przed nocą w dół, jednak zatrzymali się i ze zdumieniem przyjrzeli mi zza wzniesionych pod światło zachodu rąk.
Nie rozumieli chyba, dlaczego nie biegnę czym prędzej w doliny, dlaczego nie szukam schronienia. Ale sami też przestali go szukać. Stali i patrzyli sobie, jak tańczę na rozwianych lekkim podmuchem trawach, jak robię zdjęcia, nie odmierzam czasu, zdejmuję buty i opadam bosymi stopami na chłodniejszą ziemię.
Chociaż nie wyraziliśmy tego żadnym słowem, prócz cichego pozdrowienia, oni uzależnili długość obcowania z zachodem od mojej obecności, a ja swoją długość z nim obcowania uzależniłam od ich obecności. Myśl o nocnym schodzeniu w doliny wnet przestała zastanawiać. Było razniej.

Cieszyłam się strasznie z tej wymownej chwili, z białości okręgu i iskier ulatujących popod nogi.


''Zatańcz ze mną na Polanie, ot tak, po prostu...'' 

Niebo pokraśniałe jak obrazy M. Lewandowskiego wyszło w swej uroczystej sukni na ostatnie spotkanie z górami, by dać sygnał, że za chwilę świat pokryje się w potędze zmierzchu. Długo nie mogłam oderwać oczu od płonącej tarczy słońca, schodzącej coraz niżej, w cynobrowy firmament.
Ustawały stuknięcia, głosy , chrupoty, kwilenia. Zapadła głucha cisza. A już po chwili narodziło się echo, wyostrzające rytm nocy.
Kocham zapach powietrza,  który się wtedy unosi nad lasem. Kocham jego świeżość i aromat. To najlepszy czas, by wędrować, ale też najlepszy, by poznać, co w dziczy piszczy.
A ten mały punkcik tle potęgi Bieszczadów to ja.

I jeszcze z oddali,żeby pokazać piękny fiolet okalający ogniste barwy zachodu...


Tak kończył się ten zbawczy dzień, a bohater monodramu sam dawno zszedł ze sceny, przyjmując naukę Matki Natury. Bowiem, gdy zaczyna się zachód, bezwstydny byłby człowiek, zagłuszający całe swoje poczucie estetyki, geniuszu i nastroju. Wtedy najgodniej jest milczeniem i refleksją żegnać wszystko, co nam przyniósł i z czym zostawia nas do jutra.
Nigdy przecież nie wiemy, czy jutro nadejdzie, a więc winniśmy chwalić każdy dzień swojego życia, jakby mógł być ostatnim.
Zostawmy w tej złotej godzinie sprawy ludzkie, zostawmy chaos rozbieganych istnień, całe nasze mienie i oczekiwanie. Cieszmy się tym, co jest prawdziwe i nam tak ofiarne.



Gdy słońce przybiło do portu, a dokoła zaistniała błoga szarówka, zaczęłam bardzo szybko opuszczać wyższe partie i już po dziesięciu minutach biegu, zatrzymałam się przy wejściu do lasu, wiodącego na Ustrzyki Górne. Liczyłam, że podobnie postąpi widziana przeze mnie wcześniej para, mając na uwadze, że szlak świeci pustkami, a noc sprzyja w takich okolicznościach dzikim zwierzętom. Oni jednak zostali daleko w tyle, a skoro nie miałam ich w zasięgu wzroku, postanowiłam poczekać.
Nie potrafię tego wytłumaczyć. Tak bywa, że nie znając się, nie zamieniając z kimś słowa, a zaledwie widząc w przelocie chwili, wyczuć można wzajemne napięcie, emocje, uwagę, a czasem nawet niepokój.
Gdy wreszcie pojawili się w zszarzałej dali, ruszyłam w drogę. Zaraz jednak znów straciłam ich z pola widzenia. No nie!
Wtem po lesie rozniosło się echo łamanych gałęzi, tępe stukoty drewna i nasilające pomruki. Powiało grozą. Co przeżyłam, to moje.
Skóra przybrała chłodnych dreszczy, podsycających wewnętrzny tumult. Strach podciął mi nogi.
Szłam pospiesznie, ale w pewnym momencie zatrzymałam się w bezruchu, po czym postanowiłam zawrócić. Przecież tam zostali ludzie. Nie wyglądali na takich, co niczego się nie boją, bo inaczej nie próbowaliby mnie dogonić. Może potrzebują pomocy? Może napatoczył się kudłaty brat większy? Przecież w Bieszczadach po zmroku spotkanie niedzwiedzia to sprawa prawie że powszednia.
Z niepewnością rozgarniałam widlaste gałęzie, wchodząc w głąb ciemnej głuszy. Spotęgowana obawa rzucała cień na głośne bicie serca, które omal nie wyleciało mi ściśniętym przełykiem.
Ze mnie czasem bywa bidulka trzęsidupa, ale wiedzieć musicie, że nie wiąże się to z szwankującym zaburzeniem rzeczywistości, a jedynie częstym obcowaniem z przyrodą, która spowodowała wyostrzenie zmysłów oraz ich szybkie, odruchowe reakcje na to, czego doświadczają. Natura nieraz pokazała mi już swoją potęgę. Pomijając, że widziałam w swoim życiu kilkakrotnie niedzwiedzia, w tym również stojącego na dwóch łapach, którego widok choć ujmujący, chciałby pozwolić o sobie zapomnieć, wspomnę, że i zwykła, niegroznia przecież kozica, która pogoniła mnie w Tatrach omal nie stała się przyczyną upadku z wysokości. O tych i innych perypetiach jeszcze zdążę Wam nieraz opowiedzieć, a tymczasem, nie trzymając dłużej w niepewności, zaznaczam, że powyższa historia skończyła się dobrze! Gdyby było inaczej i jakiś kosmaty potwór z dwiema głowami i pięcioma ogonami zjadłby mnie żywcem pod osłoną czarnej nocy, nie czytalibyście tej opowieści.

Wnet ujrzeliśmy się z daleka. Wątłe światło czołówki dognało moich ramion, strząsając z nich resztkę drżenia. Odetchnęłam z ulgą.
- Co się stało? Jesteście cali? Słyszałam donośne, nerwowe dzwięki. Wystraszyłam się!
- Uff. Uderzaliśmy czym się tylko dało o grunt pod butami, stukaliśmy patykami i charczeliśmy.
- Czyżbyście spotkali niedzwiedzia?
- Nie chcieliśmy spotkać, a wyczytaliśmy na jakimś blogu górskim, że nocą w lesie powinno się zachowywać jak najgłośniej, żeby zwierz nie był zaskoczony naszą obecnością.
- I to jest prawda! No dobra - Justyna jestem. Możemy schodzić wspólnie. I mnie i Wam wyjdzie to na zdrowie.
Faktycznie zwierzaki kluczyły nieopodal szlaku. Co chwilę towarzyszył nam cichy pomruk. To w końcu Bieszczady - koniec świata, mili państwo!
Towarzysze zapowiedzieli, że to ich pierwszy raz w górach. Nigdy dotąd nie porywali się na tego typu wycieczki, a że wyszli dość pózno, zastał ich zmrok. Potem ujrzeli mnie, czekającą na zachód słońca, więc stwierdzili, że też to przeżyją. Jakoś będzie. Przecież schodzić będziemy tą samą drogą.
Puenta tej historii jest zabawna, ale jak widać, z życia wzięta: Zachowywać rozsądek w wydawaniu z siebie nocą w lesie wszelkich głosów, zgrzytów, tąpnięć i innych chrupotów, bo o ile zwierzęta na zawał nie padną, a raczej zniechęcą się na myśl o bliższym spotkaniu, o tyle inny człowiek na zawał paść może. Zwłaszcza, gdy wokół bure i ponure wyłaniają się zarośla, a do najbliższej cywilizacji jeszcze całe półtorej godziny na piechotę... ;-)
                                                                 
To dopiero początek historii, podyktowany dość długim wstępem o naturze. Jak potoczyły się moje dalsze losy, dlaczego zostałam bieszczadzką Indianką, gdzie biwakowałam, jak to się stało, że przysiadłam do jednego ognia z ludzmi, co znali samego śp. Majstra Biedę, dlaczego cały tydzień żyłam w transie duchowym i jak poradziłam sobie z natręctwami dudnień, które nękały mnie co rano...  dowiecie się już w następnym wpisie o Bieszczadach! Już teraz gorąco zapraszam.

CDN...



...Z cienia i sadzawki

...Z cienia i sadzawki

(EROTYK Z CIENIA I SADZAWKI)

Przez zetlałych powiek śnienie
Przeciskają się w pomroku
Dwa głowami zległe cienie
Ruch za ruchem, krok po kroku
Już są niby jedno tchnienie
Co obrasta na zewłoku
Wodę głaszczą jak Grzybienie
Rozstawione po jej boku

Nachylają się w pół biodra
Cichą falą brzegiem rzeki
Jak im ona chce być szczodra
Zabierając w świat daleki
Hen, na zachód płynie Odra
Na niej z dumą stają szreki
Choć z niej krewna wcale modra
Zgarnie hajże wszelkie cieki

A te cienie w rząd roślejszy
Wchodzą niby chętne ciało
Chuć to błoga, żar silniejszy
Niż się ludziom wydawało
On pospiesza śmielej pierwszy
W jego rękach rąk jej mało
Zbiera udo w uścisk szerszy
By usłużnie go słuchało

Nad sadzawką w ton urwany
Przemilczeniem padła cała
Wiatrem śpiesznie głóg szarpany
Pod dotykiem wierzchu ciała
Rwąc od piersi wzdłuż sukmany
W oczy jego się wmadlała  
 A tuż obok mrów kurhany
Nawłoć kwitła zamyślała

Zsunął się w nią zrywem drżenia
Po omacku w gonnym borze
Tyleż w sobie miał pragnienia
Że go umysł dojść nie może
W pół oddechu wyrażenia
Padły jękiem na bezdroże
Ważki stygły wśród znużenia
Zaszło pąsem leśne łoże



Czerwcowe nieba nad Pogórzem

Czerwcowe nieba nad Pogórzem




Zanim jeszcze nad moim jestestwem zapadł ostateczny wyrok - Skazana na gór dożywocie! -  wielokrotnie skazywana bywałam na uciekające spod kontroli odurzenia innymi dobrodziejstwami Matki Natury.
Nie potrafię nawet powiedzieć, kiedy poczułam miłość do wschodów i zachodów, a skoro jest to data zbyt odległa, by ją pamiętać, przypuszczać mi wolno, że w chwili wychylenia głowy z łona matki, zderzenia ze światłem i wydania pierwszego głośnego płaczu. Wszak zrodzona zostałam porą popołudniową w mrozny, zimowy dzień, zaszywany właśnie (jak na piętnastą przystało) ostatnimi, ostro karmazynowymi falami zachodu.
Potem przez lata pędziwietrznej wędrówki towarzyszyła mi ta sama jasna, przepoczwarzająca się co kwadrans tarcza słońca, co się chowa za czeredą zamgleń, rozróżnia rysy twarzy, podkreśla kształty, nasyca barwy i wydobywa nawet doliny zaniesione chudym cieniem.
Ranne zorza i gasnące zmierzchy zawisły jak amulet na młodzieńczej piersi. Amulet, którego należy strzec. Ozdabiałam się nim. Wybiegałam na mokrą trawę, z której jeszcze się nie poderwała rosa, przeczesywałam mgły, chłonęłam ich zapach.

Dopiero potem pojawiły się góry.
Nie!
Góry były zawsze...
To moja wola wyjścia w nie dojrzewała w blasku wielkiej kuli gazowej, oddalonej miliony mil. Kuli, dzięki której oczy moje, jak i wasze dowiedzieć się mogły, że istnieje coś na kształt dziobów, wieży, katedr; jest zalesione, skaliste, mroczne, dzikie lub zupełnie jasne, zwieńczone promieniem.

To Słońce, jak Ognisty Stróż. Kłaniam się jego sile odkąd płynie we mnie krew i kłaniać będę, póki nie zastygnie nalotem chłodu przydrożnych kosiarzy. A gdy tak już kiedyś nastanie i wigwam mój zniesie zimny wiatr - znajdzie mnie, jak znajduje każdy skrawek tej Ziemi wraz z jej namiotami, rzekami i prochami przodków.

Póki jednak duch mój spleciony z ciałem oglądać chce całe dookolne bogactwo, a w dodatku za pomocą palców ubierać słowa w wyrazy a wspomnienia każdej miriadowej fali Słońca w fotografie.... Niech się wiedzie!

Miesiąc czerwiec obfity był w niebywałe zmiany powietrzne. Najwięcej z nich dane było mi obserwować nad mym rodzimym Pogórzem. Wychodziłam regularnie o drugiej w nocy, czasem niedosypiałam a czasem bardzo pózno wracałam, kładąc się spać nad ranem. Jak zwykle przy okazji tak owocnych chwil na łonie natury, nie obyło się bez biwaków, godzin spędzonych na parzeniu wrzątku, stworzeń skrzydlatych i lądowych, co podchodziły, jak łaszące koty pod obrośnięte chłodem nogi.

Poniżej zostawiam Wam parę ''ślepych'' strzałów czerwcowego nieba, jak na amatora kalkulatorów przystało.

Życzę Wam wspaniałego sezonu letniego! I tym, co w górach i tym, co na nizinach czerpią z łask wspaniałej natury.

Żegnajcie kochane połoniny! Żegnajcie wszelkie góry południa - na razie, do zobaczenia!
Ruszam z pierwszą częścią projektu Nieznana Polska.... prowadz mnie wietrze lipcowy, wschody - bądzcie mi łaskawe, zachody - przychylne, płachto nie przemakaj, wody wzbierajcie, rzeki prowadzcie, ogniu skwiercz, gitaro graj, rumie - lej się..... !!!
Do zobaczenia, ludzie!
Witaj przygodo!
















Copyright © 2014 Skazana na gór dożywocie , Blogger