Namalowałam obraz. Żeby coś po tej miłości mojej do gór zostało...

Namalowałam obraz. Żeby coś po tej miłości mojej do gór zostało...


Obraz namalowałam techniką olejną na płótnie, format 50x40. Zdjęcie powtórzone, by wydobyć kompromis między jakością i gamą kolorów naszej współczesnej technologii, która nie pozwala wiernie oddać tego, co prezentuje się w rzeczywistości. Kolorystyka realnie jest o wiele bogatsza. 

Natura nie trzyma ze sztuką, ale sztuka nie przeżyłaby bez natury. Tylko wraz są mocarzem. Gdy się je rozdzieli, gasną.

Jakiś czas temu napisałam wiersz ''Noc w leśnej głuszy''. Był to osobisty hołd dla dobrodziejstwa Matki Ziemi podczas bliskiego obcowania z naturą. Jako kontynuację jego treści, a moich do natury uczyć, jak również zmian zachodzących w przyrodzie, gdy noc się zmienia w dzień, stworzyłam obraz, przedstawiający świat, który widzę, gdy otwieram powieki, schodzi ze mnie cały strach ciemności, rozsuwam płachtę biwakową, a dokoła, nad chojarami zstępują światła dnia. 

Obraz jest wyrazem mojej własnej wizji. Zastosowane barwy nie są przypadkowym zabiegiem. Oddają bowiem wrażenia emocjonalne i zmysłowe, jakich doświadczam, kiedy mam już pewność, że noc odeszła w trup, a każda kolejna chwila w głuszy będzie bardziej widzialna, namacalna, niż słyszalna. Nie ma już strachu, choć nadal jest niepewność. Jest już widzialność, chociaż nadal ślepota. Nie ma jeszcze dnia, chociaż jest już jasno. A może nigdy go nie było i nigdy go nie będzie?
Ten moment współgra z każdą porą, jakiej go przypiszemy. Sami decydujemy, gdzie na ile i dlaczego chcemy się przenieść.
Las jeszcze tajemniczy. Jeszcze w nim ciemno. Jeszcze głusz. Ale dołem widać już ciągnący, rwący, zawijający, jak życie człowieka, strumień. Cisza i stagnacja przeraża. Jej symbolem, spoczywające, martwe kamienie i kępy suchej trawy. Kontrastem dla tego jest głębia - ona ciekawi i napawa nadzieją. Zieleń daje pewność, że wszystko, co umiera na przestrzeni czasu, wskrzesza się w człowieku duchem doznań. Po polanie przechadza się ostrożny, dostojny zwierz. Nie ucieka. Nie podchodzi. Zastygł. Patrzy mi w oczy.
Między pasmami gór unoszą się i opadają olbrzymie, białe mgły, wprawiając mnie w poetyczność i zdumienie. Nie wiem, co też zdarzy się tego dnia. Nie widzę jeszcze swojej drogi. Nie widzę jeszcze odległych, pochowanych za mgłą szczytów, co sinoniebieskie mają grzbiety, pokazując, jak daleka jest przestrzeń, a jak bliska być może. Leżą u mych stóp zzieleniałe wzgórza. Tylko tego jestem pewna. Zamyślone trawy, przeczesał wiatr. Teraz skłócą się z bajronicznym niebem, by wydobyć energię i siłę.

A Ty, płomieniu doczesności, wiedz mnie po bezdrożach wielkich krain, obrosłych marzeniem.
Niech mnie gna... do transowej myśli...
Tam, gdzie nie spostrzeże mnie nikt. Tam, gdzie zasiądę i przez dzień pomieszkam, żeby nazajutrz znów ruszyć przed siebie. A może zrodzę się w starym płótnie, gdy mnie już nie będzie. Pokażę drogę, jakiej nikt nie znał. Całą wieczność zamknę jednym pociągnięciem włosia ubranego w farbę.
Słabość mam do tych nieskończoności. Ale, gdy człowiek odchodzi, cóż po nim przetrwa, jeśli nie wizja świata, jaką zostawi pod kluczykiem w starej, zakurzonej szufladzie. Może parę wierszy. Może parę niedopracowanych blejtramów. Na nic nie zdają się modły nad żywymi, gdy tylko przez sztukę człowiek może pożyć dłużej przy tym, czego się kurczowo trzyma. Ja pożyję - może w tym obrazie, może w którymś wierszu, może w zeschłych trawach, co je tak ukochałam.
A potem wrócę znów do ludzi, jakby nigdy nic. Zaprzyjaznię się ze świerszczami i pogłaszczę koty nocy, co płochliwie stroszą ogon.
Wszystko, co przyniesie mi dzień, przyjmę, jako własne. Wędrowiec artysta ze mnie żaden wobec dookolnej potęgi, ale mam apaszkę i amulet, co zaciśnięty w dłoni ciepłem skóry, omdlewa z nadmiaru czułości.
Ukryję się daleko - tam, gdzie oko nie sięga i pędzel nie namaluje. Tam, gdzie nie mam celu - są tylko prawdy, przybite, jak pieczęć w mojej wizji świata.
Co przeżyję, będzie moje. Czego nie doświadczę, spocznie na barkach dziedzictwa, jakie po sobie zostawię. A zostawię... miłość do tej urodziwej Ziemi.


Bieszczadzka rozpusta (noc w Wetlińskiej, dzień z Caryńską, zmierzch na Rawkach)

Bieszczadzka rozpusta (noc w Wetlińskiej, dzień z Caryńską, zmierzch na Rawkach)


Kocham ten wilgotno korzenny zapach Bieszczad. Lubię tam co chwila wracać i otulać się siwymi mgłami, wiszącymi nad Wetliną, gdy doleje większym deszczem. A Wetlina, jak na prawdziwą dziurę przystało, kończy się szybciej, niż zacznie. To samo z Ustrzykami, Brzegami czy Dwernikiem. Lubię spacerować wieczorami po ulicy, od mostku do mostku i liczyć upływający czas. Od rzeki sto szesnaście wielkich kroków i ostatnie światło kuli się w przydrożnej chacie. A wokół nie ma już nikogo. Tylko pod mostem para zakapiorów przygrywa na gitarze w rytm pulsującej wody. Gąszcz ucicha w kojącym chłodzie nocy, roztaczając echo wiatru, świszczącego nad sadami.
Lis Stasio z przetrzepanym futrem podlatuje pod nogi, żeby się przywitać i wyłabudzić darmową kolację. Nie wiedzie się Staśkowi. Ostatnio kryzys jeszcze większy, bo jakiś większy psina czai się jak strażnik wsiowego prawa przy koszach pod spożywczakiem, gdy miejscowi flegmatycy idą spocząć na wpółprzytomni pod regały z dwiema laskami kiełbasy i zgniecioną puchą regionalnego piwa. Mimo to, Stasiek zaradny gościówa i tylko słońce przesunie swą tarczę za horyzont, ten rusza w kolejną, nocną przechadzkę po opustoszałych zakrętach. Bidnie wygląda, ale w końcu to zapracowany lis i wszystko, co zje, zaraz wypoci. Staśko z racji swojej profesji, chroni dane osobowe i pyska przed flesze nie nadstawia, za to do uściskania wyliniałej kity jest pierwszy. O, jak on się lubi z moimi nogami!
Ups. Skrzypnęły drzwi od chaty. Spłoszony, przebierając co tchu drobnymi łapami, czmychnął w czeluście ocienionego rowu.
(Psssst. Staśko nie wygłupiaj się. Już poszli. )
Wreszcie skręciliśmy w polną dróżkę, wiodącą pod las. Nie mogłam za nim nadążyć, ale od czasu do czasu przystanął i poczekał. Potem swoim długim nosem o powabnym zapachu ptasiego zniesienia, mysich jelit i innych rozkoszy lisiego żołądka, wywęszył całkiem spory metraż trawy. Odległe osady zastygały w śnie, gdy we mnie dopiero wskrzeszała się gotowość do życia. Było wyżej i dalej, niż zakładałam, ale roztaczający się bezkres głuszy zachęcił do rozbicia obozu właśnie w tym miejscu.

Zza rozległych drzewostanów wyjrzał olbrzymi rogacz i ze zdziwieniem przyglądał się naszym ludzko-lisim pogaduchom. Po chwili podszedł bliżej, mocząc pyszczek w zimnej rosie.
- Nie przeszkadzajcie sobie, ja tu tylko zjem kolację i już mnie nie ma... Chociaż, zostałbym na dłużej, poczęstował się tą naleweczką. Ech... czemu natura stworzyła mnie rogatym, abstynentem i w dodatku czworonogim? Niech to diabli! Wyprężę przynajmniej swój dostojny dekolt.
- Rogaczu, nie przejmuj się. Mnie natura stworzyła człowiekiem, a czasem chciałabym być rogaczem, ptakiem, zającem, wilkiem, robaczkiem, niedzwiedziem. Jakoś nie umiem z ludzmi.
Całe zastępy gwiazd spadały nam na czoła, rozpraszając osamotnione myśli, zawieszone na przedsionkach głowy. Sącząc łyki z podłużnej piersiówki, schowałam zmarznięte stopy pod śpiwór i w blasku czołówki zabrałam się za pisanie.

Nawet nie wiem, kiedy zmrużyłam oczy. Zbudził mnie dopiero ziąb, uchodzący nad trawami. Staśka już nie było. Nie było rogacza. Była znów ta przejmująca pustka, którą aż prosiło się przerwać wędrówką dalej, przez Wetlińską, a że ciemno jeszcze wokół, nawet nie zauważyłam, kiedy marsz dobiegł końca i trzeba było schodzić w dół wraz ze wstającym słońcem.
A dzień dopiero się zaczynał, z dołu znów ruszyłam w górę - tym razem zielonym na Caryńską. Miałam zamiar przejść się tamtędy do Koliby, schowanej po przeciwnej stronie masywu. Do Koliby jednak nie dotarłam... ale o tym za chwilę.


Schodzę tak z nieba do nieba, przecinając szybkim krokiem kolejne zakręty, jakby stały jego przedsionkiem. A one łaszą się do nóg kępami trawy, podchodzą bliżej dzikim zającem i ulatują wyżej skrzydłami ptaków.
Czasem chwilę goszczę w tych dzikich zagajnikach, przysiadając i pisząc. Tu mi tak swobodnie. Jedynym lękiem serca, że będzie kiedyś trzeba zawrócić. Jestem u siebie.
Zieloność chwieje się na rozpędzonym wietrze, wplecionym w moje włosy. Huśta mnie i wznosi, jak latawce na palcach przestrzeni.
Są góry pięknie i wzniosłe. Są miejsca wybitne i trudno osiągalne. A takich gór, jak moje Bieszczady nie ma nigdzie indziej...
Fragment Połoniny Caryńskiej z najwyższym punktem, ustrzelona ze szlaku zielonego


Brat mniejszy wyściubił swoje smukłe ciało, co ciekawe każdego stukotu ziemi drżącej pod nadchodzącymi krokami, nasłuchiwało i czaiło się w reprezentacyjnej pozie. Jaki on maleńki, bezbronny. Natura jest niesprawiedliwa. Jednym daje skrzydła, by oglądać mogli z wysokości całe jej bogactwo, innym długie, piękne szyje, by zza dorodnych krzaków, dojrzeli choćby inne dorodne krzaki. A temu maleństwu, co dała? Małość, delikatność, niezauważalność, ograniczone pole widzenia i wstręt ludzi, gloryfikowanych w odbiciach własnych luster.

Niebawem wspomnienie przebytej drogi, zostało już tylko śladem butów w kurzu, a ja dobiłam do skalistego , najwyższego czuba Caryńskiej, rozłożyłam ręce, jak to lubię czynić w takich chwilach i próbowałam poczuć się inaczej, niż czuje człowiek w swej człowieczej, zniewolonej doli.
Odleciałam. Od głośnego oddechu poruszyło się powietrze. Może tu zostanie, może popłynie ku innym szczytom. Może trącać będzie o czyjeś ramię, a może umrze z natury, jak umierają oddechy.



Wetlińska - z Caryńskiej
Też lubicie patrzeć, jak ja, ze szczytów na miejsca, w których wiele razy już byliście? W stronę Wetlińskiej widok łapie za serce i obsiewa je setką cichych uderzeń. Chwile są tak ulotne, że chciałoby się zatrzymać je choćby w fotografii. Ta jednak nigdy nie odda uczuć, których się wtenczas doświadcza. Dlatego właśnie lubię sobie siąść, jak ten ślimak pod katerą muszli, wyjąć zmiętą kartkę i spisać wszelkie emocje, czmychające między sercem a rozumem. Zawsze, o dziwo, dochodzę do jednej refleksji: Niczego nie potrafię pojąć - a najbardziej nie pojmuję estetyki gór.
Uprosiłabym te białe chóry z innego świata o jeden dzień zrozumienia, ale ja już nawet prosić o nic nie potrafię. Mam tak wiele. Mam tak mało.

Wspomniałam wcześniej, że marsz swój zakończyć planowałam w Kolibie, ale jakoś nie po drodze mi do niej się okazało, gdym ujrzała wtóry raz to moje Bieszczadzkie dobrodziejstwo z grzbietu połonin. Za wcześnie, by schodzić. Dzień dopiero się zaczął. Nie myśląc wiele, ruszyłam na lewo, w stronę Wetlińskiej, a potem, jak szlak prowadzi, w dół, by go przebyć choćby dla samej drogi, nie prorokując sobie już wyjścia wyżej. Gdy się jednak znalazłam na skraju lasu, a stało się to szybko, bo zejście tamtędy nie pochłania czasu, wspomniałam jeszcze raz na tę drogę... no i dawaj, od nowa... zawróciłam do góry.


Brzmi to śmiesznie, ale wierzcie mi, byłam tak skołatana, że sama do końca nie wiedziałam, czemu robię, co robię. Choćbym miała drugi raz włazić na ten sam szczyt, ale innym szlakiem, wejdę. To ma sens. Jeszcze nie wiem, jaki, ale ma. Coś mnie ciągnie w te połoniny i nie pozwala z nich zejść, jak schodzą normalni ludzie. Może dawno zapomniałam już, co to jest normalność?
Całe szczęście nikt nie musi znosić moich kaprysów, bo sama sobie jestem drogowskazem, mapą, celem.
A Caryńska z perspektywy tego akurat szlaku, prezentuje się następująco:

Urocza? A jakże!
Szkoda tylko, że pstryknięta (tak dla odmiany) kalkulatorem.
Nieistotne.
Ważne, że cieszyło mnie schodzenie i wychodzenie bardziej, niż jakakolwiek inna forma gospodarowania wolnego czasu w tym przykrótkim życiu.
Mała Rawka, Wielka Rawka - widziane z Caryńskiej
Byłam, jak ''Anioł samotny, co zapomni dokąd ma lecieć i wtedy całe Bieszczady mają szaloną uciechę. '' A skoro o aniołach mowa, muszę przeprosić. Okłamałam Was! Wcale nie byłam w tych górach taka samotna.
Przecież nie wznosiłabym toastów za Zdrowie Matki Ziemi do podręcznego lusterka. Nie włóczyłabym się za swym cieniem w tę i nazad, zamiast przysiąść na szczycie i podziwiać widoki. Nie miałabym tyle spokoju w sercu, koczując samotnie ciemną nocą pod pniami młodników, gdzie zaglądają oczy ciekawskiej zwierzyny.
Na moim ramieniu co chwila przysiadywał śliczny bieszczadzki anioł, a na imię mu Wrzosik. Huśtał się w rozpuszczonych włosach i zaglądał pod spuchnięte powieki. Czasem przez palce zerknął na surowe teksty nieskładnych wierszy i szturchnął łokciem, gdy smutniałam. Potem zjeżdżał po poręczy mojej ręki, spadał z łomotem pod smagnięte słońcem nogi, otrzepywał się z kurzu i śmiał do zbolałego brzucha. Był taki pogodny w tym swoim śmiechu, że chodziłam za nim w ciemno, na manowce, dalej i hen. Włóczyliśmy się ciężkie godziny w ciszy roztęsknionych zieleni, a połoniny nam się kłaniały i wiatr wygrywał na bukowej korze ulubione piosenki. Czasem zdawało mi się nawet, że tańczymy te góry swoją cichą obecnością. Potem rozkładałam znów ramiona, a on wchodził w nie ciepłym podmuchem, przenikając każdy fragment mojej skóry.  - Nie. Nie żywię się halucynkami w tych Bieszczadach.





Dotarłam. Znów spoczęłam na Caryńskiej, podziwiając tę samą, zdawać by się mogło panoramę, a jednak inną całkiem, niż dwie godziny wcześniej. Tyle się tu zmieniło podczas mojej nieobecności... Trawy jakby bardziej zieleńsze, z wątlejszą nutą żółci, poddają się chętniej, falują ostrzej.
Coś, co żyje we mnie i nie gaśnie, a goreje, wypełzało coraz to silniejszym skupieniem. To ten stan umysłu, którego w górach lubię doświadczać najbardziej. Radość ustępuje miejsca refleksji, a dusza ulatuje wyżej, niż myślała, że sięgną jej skrzydła.


Ruszyłam dalej - tym razem w prawo - z zamiarem przeczłapania całego grzbietu Caryńskiej i kolejnego wrócenia się w to samo miejsce. Bo cóż piękniejszego w górach może być od powrotów? A połoniną wędrować można bez ustanku... wracać się i dochodzić, przychodzić i odchodzić... 


''A to wszystko mnie tu trzyma, chociaż niby tu nic ni ma
Ustrzyki Górne, Wetlina, trochę dalej Ukraina 
Ciepłe lato, sroga zima, chociaż zimą rzadko bywam
I natura, która tylko taka jest w tych górach...''
Okrąglutkie słońce ostatnie prześwity kładło jasnymi plamami po zdumionych dolinach, czyniąc zeń prawdziwy, artystyczny nieład natury. Ci, co stali na wzniesieniach, czuć się mogli, jak gdyby zajęli pierwsze rzędy wielkiego teatru.
Rzuciło się po raz ostatni w czerniejące dołem dziury, wydobywając z nich szczere złoto, więcej warte, niż to, co na pieniądze przerobione. Wzbiły się tratwy spłowiałego nieba, wydymając zalesione brzuchy gór i opadły popielatym cieniem. Wszystko przybrało jednakich kolorów o tysiącach przemiennych odcieni. Tak odciśnięte pod powiekami ikony wolności, zwiastować miały niepogodę. Ale, kogo to obchodzi?
Czy to ważne, czego doświadczy ciało, gdy kocha się duszą?
Czekając na siąpawicę, zachodziłam coraz dalej, mijając szyk świeżo uczesanej grzywy traw. Nagle cały szlak wypełnił się masą różnorakich postaci, co wyrastały jeden po drugim, jakby wyruszyli na audiencję u nadciągającego deszczu.







''Lubię uśmiechy ludzi na szlaku, mimo tłumów
Kocham widzieć ten ich zachwyt, gdy im zniknie miejski tumult 
Raz totalni zachwyceni, stoją jakby oniemieli
Innym razem niby idą, a jakby z klatek wylecieli...''


Kolorowi włóczykije brnęli co sił w kolanach na spotkanie z ostatnim wysokim punktem Caryńskiej, który właśnie przed chwilą wyłonił się na horyzoncie. Między szumem, a echem znikały kroki, przyspieszały serca, rozrywały się spiętrzenia, osiadały chmury. Pogoda zaczynała coraz głośniej dyszeć, strasząc niewytrwałych. Takie Bieszczady kocham najmocniej! Niechże wieje, niech trzepioce. Niech odbiera oddech. Niech mi go braknie. Niech się przytłumi. Niech nikt nic już nie mówi. A ten wicher tak wstrząsa - to znaczy, że wchodzi na swój tron sam Duch Bieszczadzki.



Gdzie mnie rzuci pragnienie, tam ułożę ciało w pachnącym listowiu, święcąc jego prostą wymowę. Nic mi już nie trzeba. Wystarczy, że mnie zszyje, gdziem rozdarta i dzwignie z niewytłumaczalnych melancholii do świata, w którym wszystko jest prostsze.
Jeszcze niech bluesa zagrają pod pościelą matek jodeł, a czerwony motyl przyrośnie na stałe do mojego karku - tak wyglądać może szczęście.
Nie szukajcie mnie, wszyscy, którzy kochacie, z którymi krew płynie ta sama i myśl toczy jednaka. Nie szukajcie mnie, gdy tam leżę, bo wyrwać spod największych trosk, to znaczy nie pozwolić, bym przeżyła je w sobie i wyraziła naturze powierniczce, której wierzę najbardziej.
Już nabrałam innego wymiaru. Już jestem tą, której szukałam, a której w dolinach przetrwać zbyt trudno w całej o sobie prawdzie. Nauczyli mnie komponować się z pędem własnych myśli - niech mi teraz nie żałują żebrać w przyrodzie ukojenia. W końcu w genach przyszła mi miłość do tego, czego nie rozumiem. A może ja powinnam urodzić się w innym wieku, zamiast próbować zmienić ten?

Widok z drugiego, niższego czubka Caryńskiej w kierunku  szlaku do Ustrzyk Górnych

W tej beztrosce zapomniałam się na dobre i zaszłam jak zwykle, za daleko - na skraj lasu pod Ustrzykami. Czas wracać i obejść Caryńską po raz trzeci w tej dobie.
Jeśliby ktoś urządził sobie kilkugodzinny popas na zielonym garbusie, mógłby się śmiało zacząć zastanawiać, ile razy jeszcze zobaczy tego dnia, w tym samym miejscu rozczochraną niewiastę, chodzącą w kółko, śmiejąc się z nie wiadomo czego.

Chłonę spokój.W górach jest mój dom. Chodzę schematem korytarzy, wypełnionych przestrzenią. Nie odbijam się od twardych ścian. Wszystko wokół pozbawione jest kształtu, bo dawno przybrało formę bezmiaru.
Czy nie tego właśnie tak zachłannie szukam?

Nieuchronnie dobiłam do mety i nadszedł czas zejścia. Żegnaj Caryńska... już do Cię nie wrócę - nie dziś. Może w innym życiu, a może w tym samym. Może zaproszę anioła Wrzosika na kolację z zachodzącym słońcem i znów potarzamy się w abstrakcyjnym kurzu, wieszając na poręczach ramion ulotne zdarzenia ? A może rozpłynę się, jak rozpłynęłam w swojej modlitwie o niepłakanie. Tylko nie płacz, Justyno. Tylko nie płacz.

_____________________________________________________________________________

Dotarłszy na parking do Brzegów Górnych, gdzie dnia poprzedniego porzuciłam samochód i wszystkie materialne szpargały, zbędne mi podczas kaleczenia szlaków rozklekotanymi buciorami, przystanęłam, spojrzałam na zegarek, gdzie jeszcze do piętnastej trochę i zdecydowałam się zajść do schroniska pod Małą Rawką na obiad. A tam, zamiast rychło zabrać się za jego konsumpcję, pochłonęłam się robieniem głupich min w blasku flesza - tak dla ubarwienia reputacji dziwaka.

Miejsce to wyśnione i przyjazne kuśtykającym na pobliski bezlik szlaków. To właśnie tu, zaszywszy się w jednym z intymnych pokoi, zapisał krzyczące w wędrowcach myśli i ubrał je kapitalnymi wersami swego talentu, sam Harasymowicz. A kto nie pamięta, niech posłucha...

W górach jest wszystko co kocham
I wszystkie wiersze są w bukach
Zawsze kiedy tam wracam
Biorą mnie klony za wnuka
Zawsze kiedy tam wracam
Siedzę na ławce z księżycem
I szumią brzóz kropidła
Dalekie miasta są niczem
Ja się tam urodziłem w piśmie
Ja wszystko górom zapisałem czarnym
Ja jeden znam tylko Synaj
Na lasce jałowca wsparty
I czerwień kalin jak cyrylica pisze
I na trombitach jesieni głosi bór
Że jedna jest tylko mądrość
Dzieło zdjęte z gór


Są to nie tylko słowa, które inspirują, rymują i dobrze brzmią pod oprawą głosu. To przede wszystkim hymn górskiej wiary, światło przewodnie dla tych, co jeszcze nie pojęli, a pojąć by chcieli, co w tych górach...

A teraz do rzeczy - Miałaś zjeść!!! Ech... Tylko, jak ja mam jeść, gdy romansuję z duchem Harasymowicza, obiecany deszcz nie spadł, a roje czarnuchów grasują w miodowych kałużach? Te stworzenia swoją lichością same wzywają oczy do gapienia. To silniejsze, niż mowa żołądka.

Do zobaczenia kiedyś, obiedzie - grzeję na Małą Rawkę, w porywach do Wielkiej, jeśli pogoda wytrzyma. A jeśli nie wytrzyma - też pójdę. Pal to wszystko licho!

A masyw ten odróżnia się charakterem od leżącej do niego równolegle Caryńskiej. Tam nieprzystępnie, gęsto, bujno, szumnie, różnorodnie - Tutaj cicho, rzadko, stromo, regularnie, tak samo.
Jak te różnice podniecają chęci!

Na rozmytych niwach lotności już widywałam stwory draczne i ozdobne. Widywałam skrzydlate anioły i ziejące ogniem słońca, splecione z człowiekiem święte chojary na dalekich bezdrożach. Ale nie ma to, jak pochylić się nad życiem, tętniącym tu, gdzie odchodzą płytkie ślady na błocie, a wśród nich kolejny niewzruszony, nikczemnie pełznący brat mniejszy.
Matko Naturo, wybaczam Ci tę niesprawiedliwość! Ale przysięgnij, że pomścisz ludzi, którzy krzywdzą dla własnej uciechy maleńkie, bezbronne istoty; chwytając je, strasząc, więziąc, zabijając. Ponoć złorzeczyć nie wypada, ale co w tym świecie nie zostanie na głos wypowiedziane, zniknie, jak ta Salamandra Plamista w gasnących mogiłach  lasu. Takie mamy czasy.


Pozostając w nastroju romantycznych, co się katuszy doszukiwali tu, gdzie dostatek krasy, oddawałam się kontemplacji dookolnej szaty. Tu robactwo wgniecione w wierzch gleby, tam pajęczyna nabita trofeem na schylone gałęzie. One opasane wzajem przez pyzate talie, jakby się na wieczność swych objęć nieświadomie skazały.
Ku czyjej chwale wyrosły te opasłe drzewa i splotły wargi w bezwstydnym pocałunku?  Czy to już akt nieżądny, czy jeszcze ofiara przebóstwienia, uwieszona ciężkim konarem na twardym gardle drewna? Trwają jak posągi surrealizmu pod pędzlem Jarosława Kukowskiego. Gdy się na nie patrzy, jakby się dzieło z płótna przeistaczało w rzeczywistość, albo też sam artysta czerpał wizji na wygwizdowiach południowej Polski.

Niebo Kukowskiego zdaje się nawet przypominać to, które miałam właśnie nad głową. Czy to przypadek? Bynajmniej nie przeznaczenie.
Chociaż chwilami z jego rozwartych na oścież bram wyciekały drobne krople, lunąć tak porządnie nadal nie chciało.
Żar zachłanności podpierał ofiarne nogi na ostatniej próbie dostania się, gdzie oczy poniosą.
Już nic mnie nie powstrzyma. Ostatni próg rozpusty mieści się po przeciwnej stronie grzbietu. Gdy tam dotrę, uwolnię zduszone ptaki jestestwa w rozpaczliwych aktach wpasowań we wszystkie nieszczęścia tej planety. A potem? Będę już tylko szczęśliwa, przeogromnie szczęśliwa.

Do Małej Rawki tylko krok. Patrzę bezsilnie w te ogromne gmachy - dzieła rąk nieludzkich i padam szeroko otwartymi oczyma na przeobrażające się pod napływem granatu kontury. Wszystko kłębi się i przenika. Już się psia pogoda rozgościła na dobre i tym razem nie ustąpi, a ja zaraz stanę twarzą w twarz z nabrzmiałym chmurzyskiem, rozcinając ramionami jego zgrabnie pasowaną suknię, co nieproszonych syci siarczystą pluchą. Tak mi dobrze!
Jeśli chcesz poznać smak miejsca, gdzie czas toczy się inaczej, a rytm jego spowolniony i niemodny, zaszyj się w bunkrze u stóp Ukrainy, jak ja się ciągle zaszywam. Daleko stąd okutani w kajdany straceńcy polewają dziesiątą kolejkę w przydrożnych barach. Tu kolejka doczesności leje się sama. Nie ma piekła, gdzie są góry.
Kocham Was, ludzie! - Ryknij bez opamiętania, wchodząc za procesją na szczyt. Wszak miłości trzeba temu światu! Noś w sobie radość z dni, w jakim przyszło Ci oglądać wszech miar baniastych wypiętrzeń. Tu się nikt nie zdziwi, żeś jest odmieńcem miotającym się po płaszczyznach własnej wiary. Tu Ci rękę poda waletujący pielgrzym z długą brodą. Obmyjecie twarze w pękniętych cebrzykach i pochwalicie westchnieniem zeszkapiały dzień. A Ci, co przyjdą za wami, z tych samych studni będą ciągnąć i na tą samą kolebę się pokładą.
Bądz dzielny! Jeśli wrócisz z porządnego Bieszczadowania cały, toś jest chwat! Ale przysięgam, piękniejszych gór, niż te już nie dojrzysz do końca swoich dni. Tu się serce zostawia tylko raz.

Mała Rawka
Gdzie jesteś, Wrzosiku? W której kępie ukryłeś niewidzialne skrzydła? Ja chcę latać! 
Rozłożyłam aparat. Rozpostarłam ramiona. Chciałam podskoczyć, poderwać się wyżej własnych żądzy i pozostać na wieki wieków w wyrwanej ciałem niszy, albo chociaż wyprzedzić zbliżające się krople, których zapach niósł się z góry chłodnymi falami. Ledwie dłońmi sięgnęłam nieba, na puszczone wolno loki rąbnął mocarny deszcz. Rozjuszyłam emocje, zaprzeczające istnieniu logiki, nie zastanawiając się nawet przez chwilę, ile prawdy jest w tym, że po górach chodzą bardzo dziwni ludzie, do których z całą pewnością się zaliczam. Śmiałam się, śpiewałam, tańczyłam, wirowałam, a moje szaleńcze wybryki obserwował, nie wiedzieć skąd nadchodzący człowiek. Prawie bym go nie zauważyła, gdyby nie krzyknął z ubóstwieniem na twarzy: ''Jakie niesamowite są te mgły nad nami! Jak ja kocham Bieszczady!''. Nie sposób nie kochać Bieszczad, widząc w nich zmokłe kury, gdaczące same do siebie. Cóż... 
Odpowiedziałam sobie sama - Po górach chodzą bardzo dziwni ludzie, przyglądający się innym dziwnym ludziom, a co gorsza myślący, że nic dziwnego w tym nie ma. 
Po życzliwych pozdrowieniach i życzeniach zwiastujących jak najmocniejszy opad ku uciesze mojej i napotkanego wędrowca, każde zawinęło w swoją stronę - ja w kierunku kolejnego garbu - Wielkiej Rawki, rzecz jasna. 
Wielka Rawka widziana z Małej Rawki
Puszczając wszelkie wodze, jakie pozwalają przetrwać mi na tym pozbawionym fantazji świecie, biegłam pod górę, rozbijając stopami błota na krawędziach brunatnego duktu. Zachlapana, umorusana, wychłostana srogim wiatrem, trwoniłam serce dla tej jednej niewidomej, niemej, nieczującej mnie i mojego pędu góry.
Gdyby chociaż mogła wsnuć się w skrawek mojej dzikiej przyjemności... Gdyby mogła stanąć, jak bosy anioł przed nagością potęgi i zaśpiewać, co sił w piersi, jak to czyni Chojnacki, interpretując Gałczyńskiego i poskramiając najgłębsze wzniesienia emocji:
''Pochwalone niech będą ptaki i słońce, co im nóżki złoci
Pochwalona chwila odwagi i zwątpienie w labiryntach samotności
Pochwalone szpadel i pióro, pochwalone sytość i głód
I księżyc, jak Szopen za chmurą i skrypt jego nut [...]
A także pochwalony komiczny zając i jabłko, co się rumieni
A nawet tacy jak ja, co składają kiepskie wiersze na temat jesieni!''

Wielka Rawka
Ale nastała nicość. Bezwzględna, przerażająca, upiorna cisza, wchodząca wszelkim dreszczem w moją skórę, rozdwajająca doznania na te krótsze, impulsywne i dłuższe, wyraziste.

A po chwili jedynie tkliwe westchnienie: ''Jak tu pięknie...''

''Znowu góry dymią... znów napoił je deszcz
I sny o pogodzie rozsiewa cicho zmierzch...''

CDN...

Bliżej

Bliżej


Słońce właśnie zgasiło kolejny szczególny dzień mojego życia. A ja w nim zadziwiona i doznana, bardziej jak wczoraj, bardziej jak przedwczoraj i bardziej, jak wtedy, gdy myślałam, że wszystkie ekstatyczne uczucia tej Ziemi już znam, przystanęłam w lekkiej, niewinnej zadumie, próbując wyłapać każdą przemijającą pręgę na niebie. Żegnając ten dzień słowami klasyka: ''Każdy Twój wyrok przyjmę twardy'', chciałabym podzielić się z Wami refleksją, tak po prostu. Bo przecież nieważne, czy to biały, czy górski, czy śladem wybitnych, czy też tęsknoty, czy drażni, czy intryguje, czy erotyk, czy ciągły, wolny lub toniczny. Ważne, że stał się w mojej głowie, a co moje, spisuję. 
Teraz wieczór skrzy się od wygasłych już promieni i wszystko przelewa się czerniejącą przy horyzoncie poświatą. W takie wieczory, jak ten, po prostu nie godzi się zasnąć. Musiałam ująć się w słowa.


Weszli w swych oczu hebanowy wieniec

I zlali się w jedno, jak zlewa rumieniec

Powieką omdloną pod rzęsistym wierzchem

Odgadują w sobie niewyraźne dreszcze

 Skóra półżywa w drżeniu  dyszy 

Że jedno nawet drugiego nie słyszy

Przechadzają się palcem w płaksiwe doliny

I płaczą je bardziej objęciami śliny

A ta odroślem rwie rozgrzane chmury

Zmieniając się w twarzy upojne kontury

Dojrzały w nich obrzękłe płody figowe

Zapadłe oczyma na wzniesioną głowę

I dalej, wzdłuż szyi, choć ta świat drogi,

Nieprzytomnie, z łomotem, zlatują pod nogi.

I wiedzą o sobie prawie już wszystko

Nawet, że nagle są bliżej, niż blisko.

7 czerwca, 2017
Skazana na gór dożywocie

Dobranoc.
Góry to ludzie, którzy je niosą w plecaku... (Giewont, Małołączniak, Kopa)

Góry to ludzie, którzy je niosą w plecaku... (Giewont, Małołączniak, Kopa)


Pewnie słyszeliście, że wśród ludzi, co przemierzają skalne pasma, mówi się, dla zasady, że pewne góry są ''Bee''. Jedną z takich gór jest Giewont. Ile ja to razy słyszałam, że tam nie ma po co iść. Tłum szarpiący się o łańcuchy w kolejce po szczyt. Ludzie, co nie mają za wiele z wędrowaniem wspólnego - idą, prą, naparzają. Wokół brud, smród i pożoga.
Ot, taka komercyjna góra. Coś jak Everest w pomniejszonej postaci.

Przechadzałam się tamtędy wiele razy. Szukałam dobrego czasu, by polubić tę górę. Dotąd się to jednak nie udało, bo ten skalny zlepek mocarności z widokiem na Zakopane, nawet mnie z czasem zaczął irytować. Miasto w dole przeszkadzało, żelastwo przeszkadzało, ingerencja w naturę kopuły szczytowej przeszkadzała, a i powietrze było nie to.

Jadąc na Podhale, przygotowana byłam na zrobienie w czasie mojego pobytu tam jakiś ciekawych dróg w rejonach taternickich. Spakowałam, jak to zwykle czynię, cały przydatny do tego sprzęt, a nawet zaoszczędziłam energii, by wywalczyć jak najlepiej potrafię drogę na którejś z mniej dostępnych gór. Pamiętam jeszcze, że w podróży puściłam sobie piosenkę, którą przyznać trzeba, Andrzej Brandstatter wykonuje genialnie, a słowa jej leciały jakoś tak...
Hej byli chłopcy byli...

hej ale siy minyni,

hej i my siy miniemy
hej po malućkiej chwili...

Pamiętam też, że długo rozczulałam się nad tym tekstem, zastanawiając się, kogo też minę na swojej drodze, gdy zostawię za sobą szarość miasta.

Jednak, gdy tylko postawiłam swoje stopy na ulicach Zakopanego, w ostatniej możliwej chwili na zmianę decyzji, pomyślałam, że zmienić ją warto. Sama do tej pory nie potrafię zrozumieć, co podkusiło mnie, by zamiast wcielać w życie wcześniejsze, ambitne przecież zamiary, ruszyć na wypełniony chaosem i zgrzytaniem ludzkich zniesmaczeń  szlak- w dodatku ten szlak, który schodziłam wzdłuż i wszerz i nigdy doń miłością nie pałałam.
Do ostatniej chwili biłam się z myślami, jednak światło opadające o poranku na północną ścianę Giewontu, dumnie zwieszoną nad lasami, dało znać, by wstać i iść. Inaczej tego wytłumaczyć sobie nie potrafię.

Może chciałam zaznać w górach wreszcie trochę normalności? Takiej zwykłej, prostej, swojskiej. Zobaczyć innych ludzi? Inny świat?
O, jak mi tego było trzeba!

Zanim jednak ruszyłam, a nawet potem, gdy już doczłapałam do ostatniej budki w Kuzniach, nie wiedziałam jeszcze, że tego dnia przeżyję w górach coś, co odciśnie się we mnie tak dobrym wspomnieniem.

W dodatku, ja - samotnik z wyboru, towarzysz z przypadku - doceni w górach bardziej ludzi od samych gór. Tak, wiem. Dziwnie to brzmi z moich ust, a raczej spod palca.
Przecież za mną tyle pasm, gór mniejszych, większych, rzeczy prostszych i bardziej skomplikowanych. Sama czasem nie umiem zliczyć - kiedy to wszystko zdążyło się wydarzyć?

Schronisko w Hali Kondratowej
Samotność na szlaku ma to do siebie, że nie rozprasza myśli, nie dzieli przeżyć, nie pyta i nie odpowiada. Nie wiem, co też dziś się zdarzy, ale oddaję się tej niepewności cała. Potrzebuję nie wiedzieć. Potrzebuję iść.

Więc szłam...

Potem na szlaku pojawili się oni - ludzie, jakich przecież tamtego dnia mijałam sporo. Ale ci byli inni. Długo czerpałam z obserwowania, jak stawiają swoje górskie buty na kolejne stopnie, uformowane z obłych głazów. Jak przechadzają się między przerzedzonymi kępami zarośli, a potem przystają, by dorównać sobie kroku. Bezlitośnie krótkim i wymijającym spojrzeniem, obsunęłam się po czyjejś twarzy. Zdumiewająca to twarz.
Pasowała do bohaterów wierszy, jakie kleciłam przez lata trwania w abstrakcyjności tej planety. A może sama to wszystko wymyśliłam? Może jestem sobie mapą i drogowskazem?
Przecież coś sprawiło, że wśród dziesiątek postaci, właśnie ich zapamiętałam.

Długo jeszcze doświadczałam tej cichej obecności, nie zamieniając z nimi ani jednego słowa, a wcześniej, czy pózniej przyszedł czas, by się wyminąć. Poszłam do przodu, a kroki słyszałam jeszcze długo za swoimi plecami.

Dokąd idą?
Czego szukają?
Co po sobie tu zostawią?

Może tylko odcisk buta w błocie...
Może tylko echo głosów...
Może tylko parę trosk...

Niedługo, nabrawszy żywszego tempa, zgubiłam ich w ciemnej otchłani lasu. Dotarłam na Halę, gdzie spoczęłam w swym intymnym katharsis, lecz nie był to długotrwały spoczynek. Gdy tylko ujrzałam sylwetki, wyłaniające się nade mną, jak główki Mniszka po majowym deszczu, ruszyłam prędko przed siebie.
Próbowałam, mimo wszystko, tego dnia być sama ze sobą, chociaż przeczucie podpowiadało mi, że dobrze byłoby jeszcze raz zobaczyć ich w górach, choćby z oddali.
Siląc czoło na słonecznym poligonie, wznosiłam je coraz wyżej, aż po Przełęcz, gdzie wyjścia nie było - tylko zachwytem mogła żyć dusza.


Rozejrzałam się - O, jak tu pięknie! Przeciągałam nieraz swoją skudłaczoną łepetynę, ale od Gorczykowych i lądowałam przypadkiem w tym miejscu - ale wszystko tym razem jest takie nowe i takie odkrywcze. Nie do wiary.
Nie myśląc wiele, odbiłam w stronę szczytu. Trochę ludzi podchodziło tego dnia linią łańcuchów, więc puściłam ich przodem. Czasem lubię być ostatnia. Zastanawiam się wtedy, co takiego oni już widzą, czego jeszcze ja nie zdążyłam ujrzeć...

Usiadłszy wreszcie na skalnym grzbiecie, rozmieniałam na drobne każdą, zrysowaną podmuchem czasu szczelinkę pod moimi stopami.
Obłoki wolno przeczesywały szczeble Krzyża na Giewoncie. Słońce łatało wszelkie dziury na niebie i ziemi, a czasem zdawało się nawet łatać ludzkie twarze, wzniesione pod jego tarczę, na szczycie legendarnej góry.

Znalazłam wśród głazów niewielką wyrwę, która idealnie komponowała się z moim kwadratowym tyłkiem - po prostu miejsce dobre do dłuższego posiedzenia. Tam też posiliłam się widokiem na Orawę i Babią Górę, ledwie dostrzegalne w szarym powietrzu.
Wczorajszy zachód słońca był wyjątkowo bogaty w kolory - może i dziś warto spróbować? Przygotowana byłam na każdą ewentualność. Doszłam do wniosku, że, gdy tylko szczyt opustoszeje, rozłożę śpiwór i naparzę wrzątku. Tak - mój dzień zapowiadał się, jak wszystkie inne dni, które spędzam w górach.
Czasem tylko przemknęło przez moją strutą rozterkami głowę wspomnienie twarzy ze szlaku. Jakie to było spotkanie! Nawet nie wymieniliśmy powitania - a już tyle o sobie wiemy. Choćby to, że znalezliśmy się w tym samym miejscu o tym samym czasie.

Potem pogrążyłam się w rozmowach z różnymi, koczującymi na szczycie turystami. Czas płynął i budował coraz większą potrzebę trwania.
W pewnej chwili, usłyszałam, jak ktoś głośnym westchnięciem wyraził swoją radość z postawienia pierwszych kroków na szczycie: ''Warto było tu wejść!''
Na sam dzwięk tych słów, na moich policzkach zawisł szeroki uśmiech a w sercu przelało się pragnienie zobaczenia tej góry innymi oczyma. Spojrzałam w ich stronę, a przede mną wyrosły te same pogodne twarze - twarze ze szlaku. I one zwróciły się w moją stronę.

A jednak, przybyli. Nasze drogi znów się krzyżują w tym przedziwnym dniu.
Ile tu nagłej radości. Ile pokoju.
Serdeczne pozdrowienia i głośne salwy śmiechu.
Potem wszystko potoczyło się własnym rytmem.

Obłoki gęstnieją, pręgi na nieboskłonie coraz bardziej sine, a wśród ciszy uśpionego serca, rozbiegają się przemienne drżenia.
Jeszcze zdumiona i jeszcze lekko nieobecna, przyglądam się spod rzęs górom zamkniętym w ich oczach. Ileż te góry piękniejsze, gdy nasycone obecnością. Więcej w nich głębi, kontrastu, światłocienia - więcej życia.


''Ta jedna chwila, gdy czas się zatrzymał
Zdziwione ptaki zatrzymując w locie
Żeby się przyjrzeć naszemu spotkaniu
Ta jedna chwila, tak wiele, tak mało
Wiem pójdziesz dalej
Różne nasze drogi
Jedno spojrzenie - nie potrzeba więcej
To, co ulotne, zostaje najdłużej
To, co raz tylko zapamięta serce.''

- Śpiewa Cisza, jak ta.

Jakie to niezwykle i nieplanowane. Szliśmy tą samą drogą, po tych samych kolorowych kamieniach, obrośniętych zadeptanym porostem, walcząc z tym samym skwarem i wkładając ten sam wysiłek, by niedługo potem stanąć ramię w ramię na tej samej górze o tym samym czasie.
Teraz przeglądamy się w sobie, jak przyglądają się światu małe dzieci, wyłapując każdą rysę twarzy, każdą zmarszczkę pod oczyma, każdy mimowolny ruch, uczymy śmiać się z tych samych rzeczy, a potem wznosimy symboliczny toast z piersiówki: Za nasze spotkanie!

Czy wszystkich ludzi, spotkanych w górach, zapamiętuje się tak samo?
Dziś, gdy emocje znalazły wytchnienie w zapisanym tysiącami spojrzeń, sercu, powiedzieć mogę już z pełną świadomością i odpowiedzialnością: Nie.

Obserwuję, jak ona wybucha głośnym śmiechem na powitanie. Po chwili już śmiejemy się razem, chociaż jeszcze nie wiem, z czego. Ale ten śmiech tak bardzo mnie syci, że zapominam o swoim rytuale posilania się na szczytach. Ma mi tak wiele do opowiedzenia,że ledwie nadążam rejestrować to w swojej zastygłej z przejęcia głowie. Tyle w niej radości, że obdzielić mogłaby całą tę ponurą górę, a nas obdziela już stokrotnie. Cokolwiek by nie poczyniła, odnawia we mnie potrzebę scalenia. Podczas naszego widzenia, zostawia mi wszystko, co ma w sobie najlepsze. A to, co tkwi w niej tak naprawdę, nasiąknięte jest duchem czasu, jaki upłynął, nim poskładała się w całość. Zaczynam odurzać się widokiem jej kolorowej chusty, przepasanej przez czubek głowy. Jest taka śmieszna w swoim uroku. Nie - nie mogę się rozczulać nad rolą kobiety w ulotnej chwili mego życia, bo jeszcze pomyślicie, że mam chwiejną orientację. Ale doprawdy, poczułam z nią więz, bo przemiła, ciepła i mądra się okazała.

Ten z lewej, w zszarzałej, naciągniętej koszulce, o świdrujących oczach, przysłoniętych okularami, śmieje się jeszcze głośniej od niej. Taki entuzjazm rozkruszyłby nawet schowanego pod śniegiem Ciemniaka. A głos ma donośny prawie, jak góral, choć ten nizinny, co to grywa na wiośle, nie nerwach sąsiadów. Zbyt mu dobrze z oczu patrzy, więc i głos powinien mieć operowy, ale przecież nie o głos tu chodzi, a wrażliwość duchową. Jakby tak się zastanowić to śmiało mógłby wymienić Strasburgera w Familiadzie. Jego dygresje bardziej trzymają się kupy. Spogląda z wypracowanym spokojem, na to co wokół i poza zasięgiem. Spod wąsa płyną mu stróżką pochowane uśmiechy. Jakie mi to wszystko bliskie. Chyba mu dobrze w tych górach. Ba! Co za stwierdzenie - Justyno. Uspokój się. Przecież w innym wypadku by tak na nie nie patrzał. To i ja muszę, ale wcześniej, spojrzę jeszcze na tego drugiego, co wdział zieloną koszulkę.
Zakopane 

Wsparł grzbiet o ciepłę skały i zwiesił nad nami pociągłą sylwetkę. Próbował się wsłuchać we wszystko, o czym opowiadamy, a opowieści było tak dużo, że usta nie przymykały się ani na chwilę. Obserwator z niego pierwszej klasy, ale z pewnością nie bierny. On to dopiero miał zapał do słownych igraszek! Nie to, żebym miała piętnaście zmysłów czy dar jasnowidzenia, ale po ścieżkach doczesności stąpa, zdaje się, jak ten Bosch, chociaż malarzem pewnie nie jest, bo zbyt mocno dotyka przedmiotów. Tylko, że w nim tyle rozbieżności, że sam Bosch oblałby się potem, gdyby chciał go odzwierciedlić. Te oczy już wiele widziały i niczemu już się nie zdziwią... chociaż nasze spotkanie lustrują ze zdziwieniem. Serdeczność wypływa mu uszami i jest wyraznie zainteresowany rozwojem zdarzeń. Dostrzega  nieważkość wszystkich myśli przepływających przez moją głowę, bo ile to razy, nie uśmieję się z bzdury, tyle się razy podeprze tym śmiechem. A może znów, tak zwyczajnie, jak reszta, śmiać się lubi? Czyta nas, jak zapisane kartki zeszytu i kwituje każde posunięcie całkiem zjadliwą puentą.

Ale dość patrzenia przed siebie. Teraz trzeba w prawo, by zobaczyć, czego oczy jeszcze nie pojmują, lecz dusza zrozumie.

Tamten, co przysiadł ciszej na skraju wierzchołka, odleciał już cały w bezmiar kolorowej zadumy. Wszystko, co przeżył sili się do wypłynięcia, lecz zgrabnie to lokuje w tafli horyzontu. Uśmiechem łagodzi, oczyma zastanawia. Ma w sobie jakieś tęsknienie. Rozczula go spozieranie w niedoścignioną dal. Jakie to w nim piękne i bogate! Na piersi wraz z każdym zaczerpniętym oddechem faluje biała koszula, a ta okazuje się być dobrym powodem do kolejnych naszych żartów. Błękitna przestrzeń za plecami dorysowuje mu skrzydła z białych, jak ta koszula chmur. Już prawie z nim odlatuję, tylko do którego świata? Gdy tak się przyglądam, brakuje mi jedynie silniejszego podmuchu wiatru, jaki potargałby wszystką biel i uniósł w niemym westchnięciu. Byłby wtenczas jak ten wędrowiec szamotany wiatrem. Tyle w nim niedopowiedzenia. Tyle dobrej pogody. Czy to o nim te piosenki? Czy to ten niespokojny duch, co chadza na wrzosowiska? Nawet teraz, zdaje się, jest na wrzosowisku... Bo, jakby zapomniał języka w gębie, gdy zadaję mu pytanie.

A wśród tych czterech, jakże ciekawych istot, co mnie otoczyły głębią długich spojrzeń - ja - zadziwiona, nieprzemyślana, zmieszana, rzucona przez los na Giewont, na którym nie miało mnie być...
Trochę rozdarta, ale posklejana.
Teraz, w dodatku, chyba tak po prostu, po ludzku, szczęśliwa.

Przedziwne to nasze widzenie.

No to, Zdrowie Matki Ziemi, wszak matką jest urodziwą!


Fascynującym byłoby obejrzenie w ich oczach jeszcze jednej, jakże ukochanej przeze mnie karmazynowej łuny opadającego na zachodzie słońca.

Prawić o tych łunach mogę długimi godzinami, co już wiecie, ale im na szczęście oszczędziłam namoczonych w patosie sentencji, jako, że przyglądał nam się cały tabun ludzi na szczycie. Jeśliby mnie tak ktoś nie poznał, że to Skazana na gór dożywocie... to pomyślałby - oszalała kobieta.

Gdy już miałam użyć niepodważalnego i jedynego słusznego argumentu, który skwitowałby ich pozostanie ze mną na szczycie do nocy, a byłoby to pewnie hasło: ''Ze mną nie zostaniecie?!'' , zaproponowali zupełnie coś innego.
Co prawda, niwelowało to wszelkie moje zamiary robienia następnego dnia upatrzonej grani w Tatrach Wysokich, z okazji czego w dolinach już czekały na mnie przyszykowane graty; kask, czekan, raki, uprząż itp - jednak z jakiegoś powodu propozycja zaczęła determinować mnie do przemyślenia jej.
W końcu nie zawsze dostaje się zaproszenie na wspólną wędrówkę od tak zaskakujących ludzi, spotkanych na swojej drodze. A, że miała to być wędrówka po Tatrach Zachodnich, które sprzyjają poznawaniu się, myśleć było nad czym.
Gdy upłynęły już przegadane godziny, a oni ruszyli w dół, postanowiłam jednak zostać i uparcie czuwać na wierzchołku do zachodu.
Już niedługo widziałam ich pomniejszone sylwetki z ramionach skał. Potem zniknęli mi z oczu, a ja ślęczałam nadal, pochylając głowę nad zmiętoloną kartką papieru, wygrzebaną z plecaka, gdzie spisałam wiersz.
Wiersz to szczególny dla mnie, bo już chyba zawsze, gdy będę w górach, wspomnę na ten jeden dzień, ukryty w kilku wersach.

Opublikowałam go na łamach bloga w poście: Spotkanie


Uniosłam wreszcie oczy, otrząsając się z długich refleksji, przyglądając się górze pod swymi stopami i ludziom, co zasiedli w jej kołysce. Nagle uświadomiłam sobie, że dokoła rozpościera się głucha pustka. Giewont znów stał się tym samym Giewontem, który niegdyś irytował. Czas wracać, Nature Queen.

Góry nie uciekną. Wspinaczka nie ucieknie. A ludzie? Wrócą na drugi koniec Polski, do swych spraw, trosk i obowiązków. Tyle po nas zostanie. Zostaną tylko dni, których jeszcze nie znamy. Ahoj!

Zbiegłam na przełęcz, żeby móc towarzyszyć im w dalszej drodze, a dalej ku Kondratowej, lecz po chwili złapaliśmy kontakt telefoniczny, dzięki czemu w czas się zawróciłam i obeszłam grzbiet z drugiej strony, gdzie na mnie zaczekali.

Witaj piękna Strążyska!  Okryj się dziś soczystą zielenią, bo miłe mi będzie z Tobą spotkanie!
Przyszłam po samotność - zyskałam obecność. Pal licho całą resztę. Przebywanie tutaj jest ukojeniem.

Odtąd w pięć cieni, zwieszonych rzędem nad  kamienną drogą, zsuwaliśmy się coraz niżej, w głąb sennego lasu.
Jeszcze ostatnie wejrzenie w dogasające góry...
Z tej perspektywy wydają się takie niedoścignione. A tam - były przecież tak bliskie. Z górami trochę, jak z ludzmi.

Spijamy pożegnalne piwo. Oni wracają do kwatery. Ja zdejmuję ciężkie buty i lezę boso na łąkę, zanurzając się w wysokiej, ogarniętej rosą trawie. Tkwię tam do póznej nocy. Wszelkie gwiazdy nieba przyglądają się mojej nieucywilizowanej naturze, a ja śmieję się, jak wariatka, co zaplotła ślimaki w warkocz. Patrzę na te piękne, północe ściany Giewontu, skąpane w zachodzie i czerniejące pod osłoną nocy. Cóż mi więcej dziś trzeba...

_________________________________________________________________________________

Z samego rana spotykamy się w umówionym Groniku, skąd ruszyć mamy na wędrówkę przez Małołączniak i Kopę. Dołącza do nas jeszcze jedna duszyczka, co mi nieraz towarzyszyła podczas wycieczek górskich.

Gronik jest dla mnie nowym odkryciem, jako, że na Przysłop Miętusi zazwyczaj podchodziłam od Nędzówki albo Kościeliskiej. Tym prędzej chłonę każdy zakręt, każdy reglowy zaułek, ukazujący się oczom.

Lubię te sentymentalne powroty na Miętusią. Tu zawsze spokojniej. Poza tym przyznać wypada, że polana ma klimat nie do opisania. Kto bywa - ten wie, o czym mówię. A kto nie bywa - musi to naprawić.


''Przyszłam z bylekąd, ale co z tego? Zmierzam daleko, Hej, Hej kolego...''


A, żeby było zabawniej, w pół drogi dowiaduję się, że oni też ''ciszacy''. To już wiemy, skąd w nas taka nić porozumienia. 

To kolejna historyjka bez puenty: 
Szliśmy, jak piechurom iść wypada - krokiem żwawym i rytmicznym, przeskakując z kamienia na kamień. Wiosłowaliśmy coraz szybciej. A woda, zamiast wzbierać, opadała. Podśpiewywaliśmy, bo cieszyła nas muzyka, a to, że na kilka głosów i każde swoją piosenkę, to już inna sprawa. Ważne, że odhaczyliśmy cały repertuar SDM, przez szanty, na Zenku Martyniuku skończywszy. 
Jaki z tego morał? A no morału, jak wspomniałam, nie ma. Vinum et musica leatificant cor.

Ja nie wesoła, ale z kokardą
lecę do słońca, HEJ LEONARDO! 
A ja się kręcę, bo stać nie warto
naprzód planeto HEJ LEONARDO!
Pozostając w tymże nastrojowym transie, gromadziłam wokół czoła wszelkie pozytywne wibracje, wypływające z wnętrza Ziemi. A tak prawdę mówiąc, po prostu uchodziłam ciepłym duszkiem ponad taflę niskich chmur, by uprosić dobrą pogodę o trochę cierpliwości. Ta, przychylna moim błaganiom, trzymała fason do samego końca, chociaż czasami straszyła granatowym niebem, żeby ostudzić nasze żądze.
Im wyżej, tym wiatr narastał w mocy, ale za to widoki zyskiwały na każdym postawionym kroku. 

Reszta załogi wyprzedziła mnie i pognała szybciej, a ja postanowiłam spędzić tu chwilę czasu. Jest to bowiem mój ulubiony punkt obserwacyjny na Giewont. Przyjemnie było wrócić tam choćby wspomnieniami. (Góro - szczerze Cię polubiłam!)


Małołączniak też nie taki zły, jak go kreślą. Po drodze minęliśmy parę sowitych płatów śniegu, ale dało się te fragmenty już obejść bez raków. Wychodząc poza obręb skał, okutych żelastwem i sięgając pierwszych czarnych chmur, zwieszonych za naszymi plecami, było całkiem sucho i przyjemnie. 

Dalsza część trasy bardzo przypomina podejście przez Gówniak na Babią Górę - idziesz, idziesz i końca nie widać. A, nie! Jednak widać! 
K: To już szczyt! 
Ja: Który?
K: Ten, przed nami!
15 minut pózniej...
Nie, to jeszcze nie był szczyt. Ale to, co jest przed nami to już szczyt!
15 minut pózniej...
Nie, to wciąż nie jest szczyt... 

Ale czego się nie robi z miłości do gór? Właśnie to oczekiwanie jest najbardziej fascynujące.

40 minut pózniej...
Tak, to już ten zakichany szczyt....
A tam pełnia zimy!
Mili Państwo, zachęcam do wejścia, póki jeszcze wszystko się nie wytopiło! Tatry Zachodnie bowiem najpiękniejsze są wiosną!
Pogoda, jak widać nas oszczędziła (oczywiście nie zrobiłaby tego, gdybym jej nie wzięła na stronę) - jednak już po chwili wszystko zasnuło się gęstym mlekiem, a w takich chwilach... No właśnie, co robi się w takich chwilach?

Diabeł mnie szarpie, trzyma za uszy
dokąd wariatko, chcesz z nim wyruszyć?

A ja gotowa, ja z halabardą

hej! droga wolna HEJ LEONARDO!


Powinno być pewnie; ''A ja z nalewką'', ale co mi tam -  ważne, że się rymuje a i utwór odzwierciedla nastrój.
Różne chleby się jadło, ale tak dobrych izotoników pozazdrościłby nawet król gospody Pod Zielonym Jasiem. Dodam, iż te i inne pyszności, co uraczyły tego dnia moje kubki smakowe, były gościnnością współtowarzyszy. Nie dość, że cudownie rozgrzewały w tym niemiłosiernym chłodzie, to jeszcze okazały się dobrym pretekstem, by powiedzieć znów: ''Za spotkanie!''
A mówienie sobie prawdy jest najzwyczajniej w świecie miłe. Ta prawda była przyjemniejsza od wielu prawd, jakie w życiu słyszałam.

Takich widoków zaś pozazdrościłby nawet sam Alex Honnold...



Anioły bieszczadzkie, bieszczadzkie anioły 
Dużo w Was radości i dobrej pogody 

Bieszczadzkie anioły, anioły bieszczadzkie 

Gdy skrzydłem Cię dotkną już jesteś ich bratem 

To trochę, jak z tymi aniołami, co zechciały przytulić mnie do swojej grupy. Dlaczego bieszczadzkie, skoro byliśmy w Tatrach? Bo oni na Bieszczadzkich wzgórzach uchowani, choć nizinni i z północy.  
Prawdopodobnie dlatego rozumiem się z nimi bardziej, niż jakimkolwiek stworzeniem, co zaszyte w górach wysokich.

Niedawno zamieściłam na blogu prześmiewczy tekst w związku z panującą obecnie w Tatrach modą na wszechwiedzę, nieomylność i jakość ''zdobytych'' szczytów. Pisaliście, że macie podobne spostrzeżenia. 
Dziś chciałabym dodać, że wszyscy, co tylko skały na horyzoncie widzą, powinni od czasu do czasu wybrać się w Bieszczady, żeby przekonać się na własnej skórze, jak potężna jest różnica między ludzmi, chodzącymi po tych dwu pasmach. Wiem, bo sama na Bieszczadzkim chlebie wyrosłam. 
Można od czasu do czasu przeżyć te góry inaczej, niżeli tylko gonitwą po wspinaczkowe osiągnięcia. Można nauczyć się kultury i postawić wyżej poprzeczkę pojmowania ich istoty. 

A oni naprawdę, jak te bieszczadzkie anioły, wyłaniające się z otchłani mgieł...



Gdyśmy już obeszli oba planowe szczyty, Małołączniak i Kopę, i schodzić zaczęliśmy na Dolinę Małej Łąki, robiło mi się coraz smutniej. Nadchodził bowiem czas rozstania, a przecież, ja nie z kamienia i czasem potrafię porządnie zatęsknić.
Warunki bardzo się pogorszyły, siąpiła mżawka, a koniec końców i kamienie pod nogami stały się jakoś mniej przyjazne. Gdy tylko zeszliśmy z newralgicznych fragmentów, wykończeni, spoceni i ufajdani błotem, jak armia po poligonie, czekał nas przyjemny spacer długą, osnutą w szarościach, zieleni i granacie doliną.
Tutaj, cała nasza szóstka się rozłączyła i każdy w samotności mierząc trawiaste łany, szedł przed siebie.

Wiele razy mówiłam Wam o tym, jak bardzo cenię sobie samotność w górach. W tej przygodzie nawet samotności miałam pod dostatkiem. Mogłam zebrać wszelkie, coraz to bardziej nostalgiczne myśli i złożyć w nieuchronną prozę życia.
Patrzyłam teraz, tak samo, jak dnia poprzedniego, mijając ich na szlaku, jak stawiają swoje buty górskie na podłożu i doszukiwałam się w tym całej prawdy o przemijaniu. A ono takie bliskie każdemu z nas, bo przecież ta sama chwila już nigdy się nie powtórzy, a wszystko, co jeszcze kilkanaście godzin wcześniej było takie nowe, teraz stało się zupełnie swojskie.

Z tego miejsca, (jeśli kiedyś trafią na mój wpis), chciałabym im najserdeczniej podziękować za ten niezwykły czas słowami piosenki, która zawsze zostanie w moim sercu i pamięci:
Dziękuję WAM za wszystko to tragiczne i zabawne
co nam kazało ściszać głos i mówić sobie prawdę,
albo nie mówić nic w południa najleniwsze
dziękuje WAM za wszystkie dni od innych dni szczęśliwsze


Gdy myślałam, że nasza historia dobiega końca, snując swe posępne oczy po zarysach ich ulotnych cieni, postanowiliśmy, że końca nie będzie. To jeszcze nie czas, by po głosach naszych lśniło już tylko powietrze, ani nie czas, by się przestać swym przezabawnym twarzom dziwić na każdy nieznany jeszcze grymas.
Spędziliśmy ''nasz pożegnalny wieczór'' na śpiewie, tańcu i rozmowach w karczmie, a skoro nie przeżyliśmy wspólnie zachodu słońca na Giewoncie, to powitaliśmy budzący się dzień, tak, jak pewnie zawsze chciał być powitany - nadzieją na kolejne spotkanie, kiedyś, gdzieś, w górach...


Drodzy Czytelnicy, wiem, że spotkań między ludzmi zdarza się sporo, zwłaszcza, gdy pochłaniają się tą samą pasją. Wiem, że czasem schodzą się w tym samym miejscu i tym samym czasie, bo tak zechce być może przypadek. Musicie jednak wiedzieć, że spotkań takich, jak to jest na prawdę niewiele.
Nie przegapiajcie ludzi, których mijacie na swojej drodze. Nie odwracajcie twarzy, gdy ktoś obdarza was uśmiechem. Nie kwitujcie nikogo za jego inność, sposób, szatę, czy znajomość szczytów w panoramie.
Kiedyś zapytałam Was, czy wiecie, co jest najpiękniejsze w górach i odpowiedziałam sobie sama; Cisza.
Dziś dodam, że góry nie miałyby sensu, gdyby nie chodzący po nich ludzie, bo...
''Góry to ludzie, którzy je niosą w plecaku, Ludzie, są jak góry, które noszą w sobie. 
Gdzie oczy poniosą, wędrujemy szlakiem, a u celu i tak czeka drugi człowiek... ''





Copyright © 2014 Skazana na gór dożywocie , Blogger