Beskid Śląski vs Beskid Żywiecki (w pigułce)

Na początek zapraszam w przeniesienie się na moment w beskidzkie wzgórza śladem pięknej muzyki Stana Borysa...


Zawsze, rozmawiając z ludzmi o pasji górskiej, ciekawi mnie, w jakie pasma najchętniej się wybierają.  Od razu odpowiem i ja. Miejsce, w którym czuję, jakbym wróciła do siebie, to w którym najczęściej się zaszywam , to, za którym tęsknię w sposób szczególny są Tatry.
Moje poczucie przywiązania do nich świetnie oddadzą słowa S. Zielińskiego: ''góry piękniejsze od Tatr jednak nie wierzę".
Faktycznie, skłonna jestem uwierzyć tylko
w góry, których nie znam - co nie oznacza, że umniejszam honoru niższym, dobrze znanym pasmom w Polsce. Podczas, gdy potrzebuję się zrehabilitować fizycznie, lub psychicznie, wybieram się na szlaki gór niskich, ogromnie urokliwe, czasem dalekie, a tym samym pozwalające dłużej obcować z naturą. Góry niskie honoruję również z innego powodu; tutaj nikt nie spieszy się na szczyt - najważniejsza staje się droga - czego brakuje większości turystów tatrzańskich. Jednym z takich miejsc jest sławny masyw Babiej Góry, ze szczególnym uwzględnieniem niekończącego się szlaku przez Sokolicę i Gówniaka. Nigdy jeszcze nie zdarzyło się, aby ten szczyt przyjął mnie promieniami słońca i chyba właśnie to jest powodem moich powrotów w babiogórski teren. Jestem zwolenniczką innych jak tylko sławna ''lampa'' zjawisk pogodowych, zaś na Diablaka w deszczu lub mgle wchodzi się w sposób nadzwyczaj przyjemny. Warto jednak znać specyfikę masywu i mieć świadomość, że jest to teren bardzo zdradliwy, a mity wokół niego krążące, mają wiele wspólnego z prawdą.Niejedna osoba przypłaciła życiem pobłądzenie tutaj w ciężkich warunkach. 


 Niesamowicie malowniczy, zwłaszcza wczesną jesienią las babiogórski...
Na Sokolicę...1367 m.n.p.m
Okolice Gówniaka..1617 m n.p.m. wschodnia grań masywu Babiej Góry
Morze chmur widziane z Diablaka, najwyższego punktu Babiej Góry 1725m.n.p,m, Beskid Żywiecki
Dla koneserów na prawdę wyjątkowych wrażeń wizualnych w Beskidach bez wątpienia będzie widok z Tarasu schroniska na Błatniej, zwłaszcza przy zimowym zachodzie słońca. Ja osobiście byłam zahipnotyzowana kontrastem białego śniegu i rdzawego słońca do tego stopnia, że nie uchwyciłam owego momentu na fotografii, by wam móc teraz pokazać. Tutaj też w sposób szczególny prezentują się, schodzące od Klimczoka i Szyndzielni lasy bukowo-świerkowo-jodłowe. Miejsce nie tylko bogate w unikatową, dookolną panoramę, ale również w niezaprzeczalny klimat, biorąc pod uwagę porę zimową. 
 Błatnia, 917 m n.p.m. , Beskid Śląski
Wyżej wymieniłam przykłady terenów Beskidu Żywieckiego i Beskidu Śląskiego , które przywodzą we mnie niesamowite wspomnienia i zapewniają jednocześnie szczególną panoramę. W ich pobliżu widzę świetny wariant dla biwaków zimowych. 
____________________________________________________________________________

Teraz rozliczę się z dwóch przykładowych miejsc, które stanowią dla mnie świetny wariant pod względem przebytej drogi, nie zwracając przy tym uwagi na sam szczyt, który wobec piękna tych szlaków nie zyskuje w moich oczach większej, od nich samych wartości. Mam tutaj nadal na myśli trasy pokonywane w warunkach zimowych - wariant letni nie jest dla mnie na tyle kuszący, by zastąpić nim wyjście w ukochane Tatry. 
Pierwsza trasa prowadzi w większości szlakiem granicznym z bacówki na Krawcowym Wierchu w stronę Rysianki, podczas którego warto wciąż się rozglądać, gdyż między prześwitami leśnymi, dojrzeć można szczyty tatrzańskie. Jedyną trudność stanowić mogą ciężkie warunki zimowe i wielogodzinne przedzieranie się przez zaspy śnieżne, co niewątpliwie jest ciężką robotą. Trasę udokumentuję zdjęciami, oszczędzając mozolnego opisu każdego z wyłaniających się zakrętów i wzniesień, bo tych masa w internecie.
Na Rysiance...1322m.n.p.m
Drugim, wartym uwagi pod względem przebywanej zimą drogi jest szlak z Wielkiej Raczy na Rycerzową 1226m.n.p.m , (szczyt położony wyżej schroniska) . Samo osiągnięcie Wielkiej Raczy 1236m.n.p.m ( wys.szczytu) to upierdliwe parcie z plecakiem pod górę. Dlaczego droga od tamtego momentu zaczyna mnie zachwycać? Pewnie znów ze względu na zalegający dokoła śnieg :) Niektórzy powiedzieliby, że szlak jest mozolny i długi- dla mnie właśnie to wielogodzinne przejście stanowi jego walor pod względem drogi, gdyż pozwala na pełny kontakt z przyrodą, niezakłócaną niczym ciszą i samym sobą. 

____________________________________________________________________________
Mnie Beskidy kojarzą się mniej z górami, więcej ze spokojem lasu i niepowtarzalnym klimatem, którego nie można doświadczyć w innych pasmach. Ze względu na ten właśnie klimat postanowiłam rozróżnić dwa miejsca, które mnie w jakiś sposób urzekły, z czego pierwsze z nich jest Bacówką na Krawcowym Wierchu a zarazem najlepszym schronem beskidzkim dla turysty, w jakim miałam dotychczas przyjemność przebywać. Nie napiszę na ten temat długiego wywodu, gdyż intymność i tajemnice takiego miejsca nie powinny kojarzyć się ze stroną internetową, a osobistym, wewnętrznym przeżyciem. Po zejściu nocą z gór w surowych warunkach zimowych, gdzie nogi toczą się w zaspach, jak dwie drętwe kłody, jedyne o czym marzę to odtajać w cieple ognia, wyprostować ręce, ramiona i zdjąć ciężkie buty. Mieszkający tam baca przyjmuje gości w sposób swojski i naturalny. Nieopodal schronu, na polance, wśród ciemnego, szumiącego lasu, można rozpalić ognisko z narąbanego wcześniej samodzielnie drwa. Wszelkie zmęczenie ustaje, jak ręką odjął, gdy tylko ku gwiezdzistemu niebu buchną pierwsze, skwierczące płomienie. Swoje bacowanie wspominam w sposób wyjątkowy, począwszy od intymnej, małej jadalni, w której wieczorem nie pali się światła, a podróżni spoczywają w blasku świec, grając na gitarze, a skończywszy na wyjściu przed północą na zewnątrz. Mróz, zmusza mnie po całodniowej wyrypie w terenie, do zarzucenia na puchówkę dodatkowej kurtki z gore i dwóch par skarpet, po czym rozkoszuję się smakiem rozgrzewającej herbatki góralskiej. Wśród tej scenerii cudownym wydaje się sam fakt gapienia się w ognisko, do którego po chwili podchodzi baca, a w całym lesie beskidzkim zaczyna rozlegać się echo jego gry na dudach. Emocji i wzruszenia, jakie wywołuje ta chwila, nie da się opisać... To najczystsze dotknięcie wnętrza duszy, odkrycie mistyki zarówno górskiej, jak i własnej, zapisanej w rozbudzonych zmysłach. Muzyki piękniejszej od szumu wiatru, ptasiego świergotu, czy uderzeń wody o skałę nie znam... wówczas jednak, miałam wątpliwości, czy nie jest to najmilszy mi dzwięk. Kto kiedykolwiek miał możliwość takiego doświadczenia - zrozumie, o czym mówię. 

Udostępniam wam jedynie kilkusekundowy fragment swoich wspomnień, gdyż mistyka owego miejsca i chwili ma sens tylko wtedy, gdy największe tajemnice zachowuje w pamięci człowieka. 
Krawcowy Wierch , 1071 m.n.p.m.


***
Drugim miejscem, które wspominam ze względu na klimat jest szałas pod schroniskiem na Wielkiej Raczy. Schronisko nie imponuje mi w żaden sposób, gdyż jest to w przeciwieństwie do bacówki, po prostu zwykły hotel górski. Jednak, by zimą móc przeżyć namiastkę bacowania, świetnym rozwiązaniem jest ów szałas, stojący tuż pod lasem, wewnątrz którego mieści się pośrodku palenisko, przy którym można spoczywać na ławeczkach, lub w wiszącym z boku hamaku. W tym też miejscu spędziłam swoje ostatnie urodziny, zajadając rozpływające się w ustach serowe fondue z chrupkim chlebem - specjalność jednego z moich gości, byłego przewodnika beskidzkiego oraz wsłuchując się niemalże do świtu w wspólnie z innymi śpiewane piosenki turystyczne w akompaniamencie gitary. 
Fot. A.Łudzik

____________________________________________________________________________
Na koniec swojego podsumowania podróży sentymentalnej po Beskidach zostawiłam miejsce, w które, jestem pewna, jeśli kiedykolwiek wrócę, to bardzo niechętnie. Miejscem tym jest Skrzyczne 1257 m.n.p.m. , a zarazem najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego. Dlaczego nie lubię tej góry? Z powodów, zdaje się oczywistych dla człowieka pasjonującego się w dzikiej naturze, spokoju, mistyce. Widoki ze szczytu są kiepskie; przebija się co prawda przez drzewa, w oddali pasmo Tatr, jednak nie jest to najpiękniejsza panorama, jaką zdarza mi się obserwować. U podnóża góry stały ruch turystyczny o każdej porze roku, co nie sprzyja mojej potrzebie rozważania drogi, którą przebywam. Droga sama w sobie również mnie nie zachwyca, a z pewnością najgorszym wariantem jest ta przy wyciągu krzesełkowym w Szczyrku. Harmonię zaburza mi również widok masztu nadajnika RTV, czy budynek radiowo-telewizyjny, lub chociażby liczne atrakcje prócz schroniska, jak basen dla dzieci, ściana wspinaczkowa, strzelnica czy boisko. Jest to góra zmieniona w ośrodek wypoczynkowo-sportowy, do którego ja wraz ze swoją osobowością i zamiłowaniem do przyrody, zwyczajnie nie pasuję. 
Skrzyczne , 1257m.n.p.m
 Jedyną przyjemnością zaczerpniętą ze Skrzycznego jest zejście z niego :D Oczywiście nocą... co by nie było widać wszelkich obiektów ręki człowieka na drodze. :P 
Góry każdemu smakować będą inaczej... moje subiektywne odczucie względem poruszonego wyżej pasma jest przychylne, jednak nie stanowi dla mnie większego znaczenia. Beskidy są z pewnością świetną alternatywą na regenerowanie się pomiędzy wyjściami w góry wysokie oraz swego rodzaju przystanią, pozwalającą na złapanie oddechu, broniącego od popadnięcia w rutynę w bardziej ekspozycyjnych terenach. Dzięki temu można też łatwiej zrozumieć, że w turystyce górskiej liczy się droga - nie wybitny szczyt. Liczy się to,  jak głęboko będziemy potrafili dotrzeć do samego siebie. Lubię wracać w Beskidy, jednak są to góry zachwycające mnie głównie w scenerii zimowej, gdy nabierają one surowego kształtu, lodowe sople zwieszają się z ugiętych gałęzi lasu, a cała frajda z przejścia polega na walce ze śniegiem. 

4 komentarze:

  1. Zgadzam się że zimowe wędrowanie ma szczególny urok i to w każdych górach. Ja największy 'berger' prawie ze zgubieniem szlaku zaliczyłam na Pilsku. Justynka a bieszczadzkie klimaty? Dla mnie to właśnie miejsce na ciszę i spokój, na DROGĘ... choć przyznaje że zimą byłyby nie lada wyzwaniem.

    OdpowiedzUsuń
  2. Kasiu, pochodzę z wzgórz, ciągnących się aż po początek Bieszczad... są więc to góry bliskie mi pod względem macierzystym, ale też stanowią pierwszy element mojej styczności z pasmami niskimi. Bieszczady bardzo lubię, jednak wracam w nie głównie jesienią. Wtedy to zachwyca mnie panująca tam paleta barw, wiatr - który stanowi dla mnie dopełnienie bieszczadowania. Wówczas jestem tym turystą z ''apaszką szamotaną wiatrem'' :-) Lubię też smak pieczonych w ognisku ziemniaków, bo przywołuje we mnie wspomnienie dzieciństwa, a także piosenkę turystyczną przy brzmieniu gitar - taki właśnie jest klimat Bieszczad - już nie wspominając o tym, że to teren z bardzo dziką, czasem niebezpieczną przyrodą, co dla mnie, fanatyka wszystkiego co ''dzikie'' staje się rajem na ziemi. Imponują mi też prostota i duch tego terenu... wiele starych szałasów, chałupek, gdzie można przenocować, samodzielnie nanosząc drwa z lasu, rąbiąc je, rozpalać ognisko, by móc się posilić. (Nie jestem zwolennikiem hoteli górskich.) Niemniej jednak przez swą ''dzikość'' Bieszczady to teren gór, w którym czuję się najmniej pewnie, zwłaszcza, jeśli schodzę z gór nocą, co często mi się zdarza. Obawiam się tam zwierząt, jako, że dochodzi do ataków na ludzi, ale też zgliszczy, zarośli, które po zmroku nabierają zupełnie innego, wrogiego dla zmysłów charakteru. Jeśli zaś pytasz o to, czy Bieszczady są dla mnie w jakiś sposób istotne - odpowiem, że moje miejsce to góry Wysokie. Czuję tam siebie. Jednak o swojej macierzy nigdy się nie zapomina i zawsze wraca się, nie dla szczytów... a dla smaku tych ziemniaków, dla tej apaszki szamotanej wiatrem :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Pozazdrościć klimatu i przeżyć! Wiem jak bardzo takie doświadczenia trafiają w duszę i wiem że chciałoby się wtedy zatrzymać czas... Czytam z zaciekawieniem i czekam na kolejne wpisy! (y)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Skazana na gór dożywocie , Blogger