III Obozy podczas wyprawy na Śnieżkę i aklimatyzacja w Rudawach Janowickich

Był grudzień, rok 2015. To znów się działo! Dopiero wróciłam z Tatr, ''po drodze'' zahaczając o trzydniowy reset z Klubem AKT Watra Gliwice i ledwie odespałam powyższe w ciepłym podkarpackim łóżku, a już pakowałam plecak. 
Czekała mnie kilkugodzinna podróż, więc zabrałam do autokaru ''Wołanie w górach''M. Jagiełły, żeby jakoś pożytecznie zagospodarować ten czas.
Póznym popołudniem dotarłam do Wrocławia, skąd dalej podróżowałam z Agą - tamtejszym młodym leśnikiem i miłośnikiem ojcowizny Sudeckiej. 
W Jeleniej Górze jak to w Jeleniej Górze - autobusy jeżdżą, jak chcą, toteż wszystkie zmierzające w Kierunku Karpacza nie zameldowały się przez dwie godziny na stanowisku. A może było zupełnie inaczej? Przecież zajęte zwiedzaniem okolicznych ulic w poszukiwaniu inspiracji twórczej, mogłyśmy ich nie zauważyć. Ale mniejsza o to. 
Aga postanowiła, ku mojej uciesze, przypomnieć swoim rodzicom, jak dobrze jest mieć córcię i zaangażowała ich w pomoc transportową. Tym samym póznym wieczorem, po 20:30 dotarłyśmy do Karpacza - ale za to pod samą świątynię Wang, skąd rozpościerała się kapitalna zimowa panorama na rozświetloną lampami serpentynę dolin i mniej kapitalny widok na gigantyczny Hotel Gołębiewski. 
Z dotąd niezrozumianych przeze mnie przyczyn, długo błąkałyśmy się pod Wangiem, odciskając niepoprawnych kształtów koła w śniegu, nim ruszyłyśmy w głąb lasu Karkonoskiego. Wreszcie uznałyśmy, że jest to niemalże styczne z zakładaniem obozu wysokogórskiego i abstrahując od przyrodniczych celów naszej wędrówki, zgodnie nazwałyśmy ów moment ''Obozem I''. 

Na szczęście był to tylko przejściowy stan ducha, który szybko zmienił się w istną rozkosz ślizgania oblodzonym szlakiem, zaraz po opuszczeniu obozu. Wokół panowała tak głęboka ciemność, że nawet światło czołówki na niewiele się zdawało. Z wyładowanymi, nie najlepszej wagi plecakami wiłyśmy się od prawego do lewego brzegu ścieżki. Mój plecak, chociaż ciężki, w ani jednym calu nie przebijał 60 litrowego potwora,  który dzielnie na swym garbie niosła Aga. Zapytacie, po co nam tyle rupieci? Mili państwo, gdy w góry wychodzi poeta i leśnik - wizualizacja wszelkich ewentualnych niepowodzeń zmusza ich do zabrania wielu talizmanów, począwszy od dobrej literaty, przez strachogenne wspomagacze, na leśniczych wynalazkach skończywszy. 
Przed nami nie było żywego ducha, a martwych niestety nie zauważyłyśmy. Samotnie depcząc wprzód, napawałyśmy się bezgraniczną ciszą nocy i świeżością lasu. Im wyżej podchodziłyśmy,tym bardziej wzmagał się wiatr. 
Jak to bywa, gdy się zejdą dwie baby, a mróz zaskrzypi pod butami? W głowie zaczyna się istne piekło czarnowidztwa. 
Ale nie w tym wypadku. My byłyśmy bardzo dzielne. Z wyczuciem obserwowałyśmy każdy krzak na zakręcie i tylko czasem przyśpieszyłyśmy kroku, naturalnie w celu ćwiczenia kondycji fizycznej - bo przecież nie to, żebyśmy się czegoś bały. 
Tak świetnie wytrenowane w lodowych poślizgach, dotarłyśmy przed czasem do Obozu II - Samotni.
Schronisko stało wtulone między polany i wystające nad nim, słabo widoczne nocą, pokryte śniegiem, szczyty gór. Było tak bardzo puste w porównaniu do schronisk, które odwiedzam w Tatrach czy Beskidach, że zachodzący tam wędrowiec, usłyszeć mógł własne myśli. Wszystko pachniało starym drewnem, skrzypiącym od hulającego na zewnątrz wiatru. Gdy za oknem  dymiło pluchą, a schronisko pokładło się spać, my wciąż siedziałyśmy pogrążone w długich rozmowach z kubkiem gorącej herbaty i rozgrzewającym Jagermeistrem - ulubionym trunkiem podręcznym leśników. Po wypraniu przez Agę  poduszki, która uległa wypadkowi i mistyfikacjach odgłosów natury, zapragnęłyśmy wzbogacić wyjątkowy klimat spotkania, sięgając w głąb plecaków po śpiewnik turystyczny. Dalej już tylko cieszyłyśmy zmysły nuceniem ulubionych piosenek, puentując: 

SDM - Jak

Jak po nocnym niebie sunące białe obłoki nad lasem
Jak na szyi wędrowca apaszka szamotana wiatrem
Jak wyciągnięte tam powyżej gwieżdziste ramiona wasze
A tu są nasze, a tu są nasze...

Jak suchy szloch w tę dżdżystą noc
Jak złota kula nad wodami
Jak świt pod spuchniętymi powiekami...


Nazajutrz, po prawie nieprzespanej nocy, postanowiłyśmy ruszyć wyżej, zostawiając za sobą wspomnienie zasnutej gęstą mgłą Samotni... 

Nowy dzień aż prosił się o żwawy rytm nóg, jednak one odmawiały nam posłuszeństwa. Przecież dziś miał odbyć się ''atak szczytowy'' na Śnieżkę - a my zupełnie nie w formie.
Do następnego schroniska miałyśmy niespełna piętnaście minut marszu pod górę, na grzbiet Złotówki, a już na tym odcinku obydwie haniebnie poległyśmy. 
Mając złe przeczucia odnośnie dalszego pokonywania wysokości, jednomyślnie stwierdziłyśmy: ''Obóz III - Strzecha Akademicka''.

Strzecha Akademicka


Tutaj czułyśmy się jeszcze lepiej, niż w mistycznej Samotni. Wreszcie jakaś żywa dusza - uśmiechnięty od ucha do ucha Kajtek stojący za barem, ugościł nas i pozwolił wybrać którykolwiek pokój na piętrze. 
Warto dodać, że schody tu skrzypiały głośniej niż okiennice Samotni, a zapach drewna unosił się we wszystkich kontach schroniska znacznie intensywniej.
Niestety nadal nie znalazłyśmy szerpów, którzy chętnie wnieśliby nasz dobytek do pokoju i radzić musiałyśmy sobie same, ale nie ma tego złego, co na dobre by nie wyszło - wypociłyśmy całego Jagermeistra i już po chwili mogłyśmy przystąpić do aklimatyzacji. 

Jak przystało na prawdziwe zdobywczynie, rozbiłyśmy obóz z koców, do wewnątrz wpakowałyśmy cały nasz sprzęt i czekałyśmy na dobre okno pogodowe, a że to nie chciało nadejść, zastała nas ciemna noc. 


(Oczywiście dla tych, którzy nigdy dotąd nie wychodzili na Śnieżkę, zrobię wyjątek i abstrahuję od żartobliwego stylu opowiadania, by wyjaśnić, że czekan rzecz jasna nie jest potrzebny do wejścia na szczyt ;-) Raki mogą się przydać przy silnym oblodzeniu. 
My sprzęt miałyśmy przy sobie z zupełnie innych powodów i bynajmniej nie używałyśmy go w tej okolicy. ) 

A teraz już zupełnie poważnie...

''Śnieżka Mountain Expedition 2015
Pozdrawiamy z Karkonoszy. Obóz I ; Wang  - Zaczęłyśmy iść z Karpacza. Szerpowie się zbuntowali, więc bagaże musiałyśmy nieść same w siatkach biedronki. 
Dotarłyśmy do Obozu II, który znajdował się w Samotni - jeszcze tego samego dnia. Warunki są bardzo ciężkie, skrajnie niebezpieczne.
Dzisiaj mamy dzień restowy, gdyż pokonała nas choroba wysokościowa. Przeszłyśmy poważne halucynacje. Przygotowujemy się mentalnie i fizycznie do ataku szczytowego.
O godzinie 6 ruszamy z Obozu III na Śnieżkę. '' :-D


Następnego dnia, pełne ożywczej siły, ruszyłyśmy w kierunku Spalonej Strażnicy, gdzie szlak łączy się z Drogą Przyjazni Polsko - Czeskiej, dalej przecinając Równię pod Śnieżką. 
Miejsce zimą naprawdę niesamowite. My miałyśmy jeszcze więcej szczęścia - byłyśmy tam kompletnie same. Zewsząd tylko ta wciąż przejmująca cisza, przerywana odgłosami skrzypiącego pod butami mrozu...


Po jakimś czasie na horyzoncie pojawiła się ONA - dumnie wystawiająca swój skamieniały łeb - Śnieżka.

Zaryzykowałam wzięcie raków ze schroniska, sądząc, że podejście może być nieco problematyczne przy panującym oblodzeniu, po czym grubo się zdziwiłam, zastając widok zupełnie wywianej z śniegu góry. 
Rzuciłam je w pobliską kosówkę -  nie mogły skorzystać z wycieczki.
Ruszyłyśmy  na Przełęcz pod Śnieżką, powyżej której położone jest kolejne schronisko -z zewnątrz nie wyglądające zachęcająco; wzniesione w stylu niemieckich schronisk, jednak wszystko wynagrodziło nam wejście do środka. 
Rozmowa przez chwilę zeszła na znajdujące się nieopodal Śląskiego Domu jedne z najwspanialszych w Europie torfowisk, ale już po chwili przerwał ją niesamowity krajobraz łączący w sobie pózną, rudą jesień i wczesną, łagodną zimę.


Stąd ku górze wiodły dwie drogi, ale my wybrałyśmy krótszą i bardziej nastromioną. Szlak zaskoczył mnie metalowym oporęczowaniem, dając tym samym lekki niesmak. Nauczona biwaków w dzikich kresach Tatr Wysokich, najbardziej cenię góry wolne od wkładu rąk ludzkich. Ciężko było mi się przestawić. 
Łańcuchy i poręcze są tam przecież zupełnie niepotrzebne, psując tym samym charakter całego podejścia. 
Wysokogórskie Obserwatorium Meteorologiczne na Śnieżce
Jest jednym z dwóch, prócz Kasprowego Wierchu obserwatoriów IMiGW włączonych do światowego systemu stacji wysokogórskich. 
Śnieżka, 1602 m.n.p.m. , najwybitniejszy szczyt na terenie Polski 
To charakterystyczna góra, znana przede wszystkim z huraganowych wiatrów. Najwyższa zanotowana tu prędkość wiatru osiągnęła 234 km/h Średnia roczna temperatura oscyluje w granicach  O °C, najwyższa odnotowana temperatura wynosiła 25,9 °C. Dodatkowo przez ok. 300 dni w roku na Śnieżce występuje zamglenie. 

Ze względu na tak unikatową specyfikę oraz niezwykłą panoramę i przelewające się tu morza mgieł, Śnieżka od razu podbiła moje głodne serce. 
Warunki były faktycznie zaskakująco trudne względem niepozornie wyglądającego dla mnie podejścia. Trudne - nie oznacza złe. Ujęłabym to raczej, jako zawierające niezwykłe zjawiska pogodowe, gdzie w przeciągu 2 min. podczas zejścia doświadczyłam ogromnych porywów wiatru, a cała widziana na powyższym zdjęciu panorama stanęła w potężnej, szaro-siwej chmurze. Widoczność momentami sięgała zaledwie kilku metrów.
Teraz doprawdy poczułam się jak w tej piosence SDM -  wędrowcem z ''apaszką szamotaną wiatrem'' . 

W wyniku porywów lodowatego wiatru, szybko się wychłodziłam, mimo włożenia goreteksu, toteż od razu zaczęłyśmy schodzić w dół. 
Postanowiłyśmy zrobić małą pętelkę, żeby nie wracać tym samym szlakiem i padło oczywiście na Śląską Drogą przez Kopę.Zimą co prawda szlak, prowadzący przez Biały Jar jest zamknięty ze względu na zagrożenie lawinowe, jednak uznałyśmy, że warunki śnieżne są rewelacyjne, więc zagrożenia jako takiego nie ma. 

W 1968 r. zeszła tu największa w historii Polski lawina o długości  700 m.,  szerokości 80 m. i czole sięgającym 15 - 20 m wysokości. Niemal 50 tys. ton śniegu zabiło 19 osób, inni porwani przez nią, zdołali się uratować - ludzie Ci zlekceważyli znak zakazu informujący o zagrożeniu. W 2008 r. w tym samym miejscu zeszła druga największa od 40 lat lawina o długości 800 m. , a zwłoki ofiary znaleziono 3 m. pod śniegiem. 
Zdjęcie lawiny z 68r. (internet)
Po jakimś czasie znów zawitałyśmy w progi Strzechy Akademickiej, by pożegnać Kajtka i ruszyć do Karpacza drogą wychodzącą przy stacji GOPR. Po drodze ciężko oderwać wzrok od niesamowicie malowniczego lasu karkonoskiego, przypominającego olejne pejzaże mojego ojca. 

Koniec końców postanawiamy zajrzeć jeszcze do Wangu. Kościół został tu przeniesiony z Norwegii i jest najstarszym drewnianym kościołem w Polsce. Wybudowany bez użycia gwozdzi i znany jako świątynia szczęśliwych małżeństw. 
Miejsce niesamowicie ciekawe, polecam każdemu, kto kiedykolwiek będzie miał okazję wychodzić w góry od strony Karpacza. 

Zapraszam na krótką relację filmową...
(w pełnym oknie)



__________________________________________________________________________
Podsumowując jedno z ulubionych pasm górskich w Polsce, przedstawię wam je jeszcze z perspektywy panoramy, widzianej ze Skalnika 945 m.n.p.m i jednocześnie najwyższego punktu górskiego pasma Rudaw Janowickich.
Nie będę opisywać tej trasy, gdyż zarówno szlak, jaki wybraliśmy na dojście i ten, którym schodziliśmy, biegną lasem - opis mógłby być monotematyczny.

Na swoją wycieczkę zaprosiłam miejscowych; leśniczkę Agę, tatę Agi, który notabene kiedyś się wspinał i zaraził córkę miłością do gór, Anię, znajomą Wrocławiankę i Grzesia - górala żywieckiego. 
Noc spędziliśmy w schronisku, wcześniej rozpalając ognisko, piekąc kiełbaski i śpiewając piosenki turystyczne.

Szczyt Skalnika z panoramą widokową na Karkonosze

Są to okolice, w których zaczynało swoją górską przygodę wielu znanych w górskim środowisku ludzi. Pobliskie Sokoliki są terenem często odwiedzanym przez  wybitnych wspinaczy. Idąc więc ich śladami, odkryć można niezwykłą historię, wniesioną w te tereny przez człowieka. Historię dróg i osiągnięć, tragedii i zadumy, wypadków i zamiłowań. A góry stoją nadal, niewzruszone, martwe i tylko czasem, gdy przystaniemy, zdaje się nam, jakby ta martwość była złudna. 
Pasma tak dalekie położeniem, a tak bliskie mojemu sercu. 

1 komentarz:

  1. Bardzo lubie Śnieżkę, choć do dziś pamiętam gdy wchodząc późną wiosną byliśmy tuż pod szczytem (dość zmęczeni) wyprzedziła nas dziarskim krokiem Pani, która na oko była koło 70-tki.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Skazana na gór dożywocie , Blogger