Górska sypialnia

Wiosną założyłam blog, a już na starcie zabrakło mi czasu na aktywne działanie na nim - ale powodów było kilka. Dla wytłumaczenia się powiem, że również intensywny sezon w górach przyczynił się do mojego braku zaangażowania w tematy około górskie po zejściach w doliny. Wysokość zaczęła mi po prostu wychodzić bokami - a co dopiero, żebym miała jeszcze o niej pisać.
Ten rok był na prawdę dobry pod względem wykorzystania czasu na realizowanie swojej pasji, ale za to nieco gorszy w innych kwestiach. Jak to mówią starsi i mądrzejsi? Raz na wozie, raz pod wozem.
Mimo to, a może nawet dzięki temu, zdecydowanie nabrałam tempa. W górach spędzałam większość wolnego czasu. Nieraz zapadałam się pod ziemię i mnie po prostu  nie było. Kontakt z rzeczywistością zaburzył mi się na dobre, taranując całe, uporządkowane życie. Po kilku latach tułaczki, dopiero teraz przyszło mi do głowy, że w zasadzie to mnie te góry leczą.   
Powoli w mojej głowie zaczęły otwierać się furtki, sugerujące, że nadchodzi najlepszy czas do pójścia o krok dalej i poważnego zastanowienia się nad poszerzeniem obszaru włóczęgostwa o europejskie pasma górskie. Bardziej wierzę w pomoc księcia Myszkina , niż w to, że kiedykolwiek osiądę na tyłku z czekoladą w ręku i smacznie ją zagryzając, wspomnę swe zmarnowane talenty i zaprzepaszczone szanse. Czas potraktować to wszystko bardziej serio i zabrać się za wspinaczkę.

Wstałam rano, wetknęłam oczy we wszystkie kąty swojego pokoju i ze zdziwieniem stwierdziłam, że całokształt, na który tyle pracowałam, zupełnie nie harmonizuje z moim wnętrzem. Nie myśląc wiele, poodsuwałam meble, okryłam je folią i przemalowałam ściany. Prawdziwe wyzwanie zaczęło się dopiero wówczas, gdy przez kilka godzin z pędzelkiem w ręku dopracowywałam rozetę i mniejsze zdobienia gipsowe, zaaranżowane dokoła sufitu. Wewnątrz zdecydowałam się na namalowanie nocnego nieba nad Doliną Pięciu Stawów. Po dwóch intensywnych dniach pracy, wzięłam wreszcie większe długo z pracowni w rękę i z impetem zaczęłam skuwać dekor na ścianie. W pracę zaangażowałam tatkę, żeby nie zapomniał, jak to jest mieć córkę! Nie stawiał oporów. W końcu sztukateria to jego drugie imię. Ćwicząc młodopolskie pozy, tłukliśmy w gipsowe zadki, ile wlezie.

Gdy ściana była już przygotowana, zaczęła się prawdziwa zabawa, czyli wielogodzinne klejenie kamieni, potem uzupełnianie dziur i nakładanie mazi gipsowej w celach wyeksponowania pierwszych faktur grani górskiej. Miałam wrażenie, że trwa to dłużej, niż stępienie dziaby w miękkim śniegu. Po wypluciu z siebie całych pokładów cierpliwości, na szczęście okazało się, że to już ostatni kamień o opracowania. Teraz zostało czekać, aż wyschnie.

Dwa dni pózniej zabrałam się za nadawanie głębi powstającemu dekorowi za pomocą farb. Tatko zaproponował mi kolor zdecydowanie za ciemny, a chcąc mieć urzeczywistnienie głazów tatrzańskich na ścianie, musiałam pobawić się kilkoma różnymi odcieniami szarości, granatu, bieli i brunatnego. O ile zabawa ta początkowo sprawiała mi przyjemność, o tyle u schyłku powodowała frustrację. W takich chwilach turyści górscy zazwyczaj pytają: ''Daleko jeszcze?'' . Tak, to był idealny moment, by o to spytać tej cholernej ściany.
Przyszła pora  na zdaje się najtrudniejszą, choć najbanalniej wyglądającą część dekoru. Mianowicie, zamarzyło mi się uchwycenie morza chmur, przelewającego się między szczytami - jednego z bardziej docenianych przeze mnie zjawisk w górach. Wbrew pozorom na wypukłej, gipsowej fakturze ciężko jest operować białą farbą tak, by efekt przypominał morze chmur, a nie rozlaną, niewiadomego pochodzenia plamę. Moja upartość kazała jednak walczyć dalej. W końcu zaczęło to jakoś wyglądać... ale zaraz...zaraz...w tych górach jakoś tak pusto.
Jaki sens miałyby góry, gdyby nie oglądało ich oko człowieka? Z małych odłamków gipsu trzeba było wyrzezbić wspinacza, przyodziać mu tyłek w lanserskie łaszki a w rękę wsadzić linę. Może podbiera? A może zjeżdża? Bo na pewno nie wygląda, jakby się wspinał. Ale jest. Maleńki człowiek tyrający w ścianie.
Na koniec zostawiłam malowanie nieba. Ewidentnie, co widać na załączonym obrazu, byłam już zmęczona tematem. Parę kresek w jedną i w drugą. Dość. Kiedyś i tak pewnie je przemaluję. Jakoś długo nie potrafię przebywać w miejscu, w którym nic się nie zmienia. Tymczasem trzeba zadowolić się takim widokiem.







Tak sobie mieszkam. To chyba jedyne miejsce poza tymi, w które łażę z plecakiem, gdzie czuję się dobrze. Chyba po prostu mam tendencję do miejsc, które przytłaczają. ;) Ważne, że mi tu swobodnie. 
Chociaż
Dekor nie reprezentuje konkretnego krajobrazu. Jest wymysłem zwichrowanej wyobrazni. Jakaś grań , przerywana chmurami, ciągnącą aż na oddalony szczyt trój wierzchołkowy. Inspiracji zasięgnęłam, robiąc Drogę Tetmajera na Bradavicę (jedyny cztero wierzchołkowy  szczyt w Tatrach). Nie jest to jednak ''skóra zdarta z Bradavicy. Na suficie paćnęłam rozgwieżdżone, osłonięte delikatnymi chmurami nocne niebo. Jest ono symbolem mojej pasji do biwaków, upamiętnia też niebo, które często widuję nad Doliną Pięciu Stawów Polskich. Aniołek wykonany drewnie, który wisi obok dekoru jest dziełem Izy O. i jednoczesnym podarkiem od całej jej rodziny z osobistą dedykacją z tyłu. Spędziliśmy wiele czasu razem w górach, zaś, gdy się nie będziemy widzieć, wedle jej słów, ma on nade mną czuwać w górach. Aniołek trzyma Tybetańskie Flagi Modlitewne , które podarował mi Tomek S. z okazji zeszłorocznych urodzin. Miały z nim wychodzić w tym roku na Blanka, jednak z ochoty serca zawędrowały w moje ręce. Jej kolory oznaczają kolejno: 
Żółty – ziemię  O
Zielony – wodę  O
Czerwony – ogień  O
Biały – powietrze, wiatr, chmury O
Niebieski - przestrzeń  O
Wedle wierzeń ich główną funkcją jest uświęcenie przestrzeni, w której się znajdują. Dla mnie stanowią przede wszystkim symbol najwyższych gór świata - metafory naszych szczytów codzienności.

W innych kątach domu spoczywa masa innych pamiątek: książki, kamienie z Tatr i Alp, uczty muzyczne, chusty z podpisami, symboliczne, czasem zużyte, jednak mające ogromną wartość i historię sprzęty górskie  i ''talizmany''. 
Chyba z wiekiem robię się coraz bardziej sentymentalna. Ale nie. To jeszcze nie jest ten etap, gdzie bawię się w zbieractwo.



9 komentarzy:

  1. Hm...ta pierwsza część tekstu, to chyba do mnie... ;) dający do myślenia fragment.

    OdpowiedzUsuń
  2. Rany boskie, rany boskie... rany boskie.........
    Czy to tam było pod tynkiem?!!!!

    OdpowiedzUsuń
  3. Chodziło mi o to, że tam wygląda, że coś było, jak burzyliście.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, była scenka rodzajowa autorstwa rodzinnego. :) Kobieta z aktu rodem nie pozwalała mi nocami sypiać spokojnie... więc zmieniłam fakturę na nieco bardziej kamienistą i chłodną. ;)

      Usuń
  4. Jejku jaka super ściana. Daje niesamowity klimat. Zazdroszczę takiego talentu :] Pozdrawiam ciepło a w wolnej chwili zapraszam do mnie www.wpuszczonawmaliny.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  5. o żesz! jakie przedsięwzięcie! trzeba mieć odwagę! niewątpliwie niepowtarzalne i jedyne w swoim rodzaju - gratulacje :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Rozumiem ,że tatko jest sztukatorem? Ostatnio zastanawiałam się czy ten fach jeszcze żywy :) ... Jak widzę bardzo żywy. :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Skazana na gór dożywocie , Blogger