''Przyszedł baran do barana i powiada: „Proszę pana, Nogi bolą mnie od rana, Pan mnie weźmie na barana”.

Zapraszam do relacji z zimowego wejścia na jeden ze szczytów WKT. Dowiecie się między innymi,czy baran w wilczej skórze może odnieść sukces w górach, w ilu językach dogadać się z Czechami, by zechcieli zacieśnić więzy Becherovką, jak zbilansować zdeformowany plan na niekorzyść towarzysza i ostatecznie mieć kupę radochy ze stanięcia na szczycie!


Jak już się pewnie domyślacie, wiersz Brzechwy, służący mi za tytuł dzisiejszego postu, traktuje żartobliwie o ostatnim wyjściu na Baranie Rogi, o których myślałam już od dawna, jednak tym razem w perspektywie zimowego wejścia.

Latem ta góra nie wzbudza we mnie wystarczającego wrażenia, by się na nią decydować. Szczerze mówiąc zdobyłam się na jej zimową penetrację z innych pobudek, niż te estetyczne. W końcu to ósmy, najwyższy szczyt, zaliczany do zacnego grona Wielkiej Korony Tatr!

Pominę długie, ale nadzwyczaj szybko upływające mi dojście korytem dolin przez Hrebeniok i Małej Zimnej Wody do ostatniego stromego progu, nachylonego pod kątem 45°, otwierającego dolinę Pięciu Stawów Spiskich.
Nie widzę bowiem sensu pisania o tym, w jaki sposób pokonuje się pod górę rozwleczoną na przestrzeni wielu kilometrów wstęgę dolin. Idzie się - jak ten baran w wilczej skórze.
Na zewnątrz baranowi ciąży jego wełna. Wewnątrz ciągnie wilka do lasu.

Na szczęście moje usposobienie pomaga mi w każdych zawirowaniach wewnętrznych, więc i te pokonuję z błyskiem w oku.
Do Terinki docieramy przed zakładanym wstępnie czasem, co daje mi solidnego kopa motywacyjnego do dalszych działań. Jest na prawdę dobrze!
Niebawem, po zwalczeniu lodowatych dreszczy, rozsiadam się wygodnie na jadalni schroniskowej, czerpiąc względną przyjemność z gwaru wielojęzycznych rozmów. Nie myśląc długo, uciekam na zewnątrz, by zaczerpnąć choć trochę ciszy, po którą tu przybyłam.
Cisza. Przyjemna Cisza. To niesamowite, jak na przestrzeni czasu, dzielącego zmierzch od świtu, przeobraża się nocne niebo nad Tatrami...



Mój stan błogości nie trwa długo, bo już po chwili zaczepia mnie pewien ciekawski Czech. Gdybym ja jeszcze wiedziała, co on do mnie mówi w tym swoim czeskim języku. Usiłuję mu wytłumaczyć, byśmy może tak po polsku, słowacku, angielsku, w ostateczności hiszpańsku...

Ostatecznie dogadujemy się w pięciu językach na raz, przez co ustalamy, że najbardziej w górach kocham : ''piękny východ sunriseswitania y grozny medvěd'' . 

Czech nie poddaje się łatwo i postanawia wkupić mnie do swojej Czeskiej grupy wspinaczy, z którą już niebawem zaczynam poszerzać umiejętności językowe o popularne w krajach słowiańskich soczyste epitety określające stan wewnętrznych emocji związanych z porannym ruszeniem na szczyty górskie.
.

Po bezsennym, długim wieczorze, spędzonym na zacieśnianiu górskich więzi międzynarodowych zimną Becherovką, nieco odpoczęłam i miałam zamiar kontynuować podejście w środku nocy, jednak towarzysz Aro nie podzielił mojej ochoty.
Wolał w tym czasie zwiedzać wszystkie pomieszczenia schronu, w poszukiwaniu nowych drutów do tworzenia odgromów. Ja zaś odkrywałam na nowo, co znaczy prawdziwe wkur... pfu , zdenerwowanie się!
Zważywszy na podobne podejście do turystyki i jego bogaty życiorys górski, który zawsze zwiększa we mnie potrzebę konfrontacji doświadczeń, postanowiłam czekać cierpliwie, by jednak dostąpić zaszczytu stanięcia na górze wspólnie.

Nad ranem w największym w całych Tatrach obszarze obłego ogładzenia polodowcowego  -  kotline Piatich Spišských pliespanował ogromny ziąb, potęgowany lekkim wiatrem.
Ruszyliśmy z opóznieniem, ale załapaliśmy się na resztki nocy.

Pewnym było, że nie zdążę już dostać się na wierzchołek o wschodzie słońca, stąd przeobraziłam swój plan z uwzględnieniem całodziennego biwaku na wysokości, zwieńczonego zachodem i nocnym zejściem do doliny.
Koncepcja zdawała się nabierać coraz większego sensu, gdy tylko ujrzałam pierwsze rzucone na skały Pośredniej Grani czerwienie wschodu.

Przeważnie taki widok oglądam już z góry, toteż szybko pożałowałam swojej decyzji pozostania na noc w dolinie, bądz co bądz decyzji, na którą nie miałam większego wpływu.
Wyłapując ochłapy słonecznych promieni, z narastającym marazmem dreptałam pod górę, by niebawem dostać się na przewyższenie, umożliwiające odbicie w żleb, którym mieliśmy zamiar dostać się na przełęcz.

Tego poranka rozległe pustkowie, wyścielone stężałym śniegiem wrzało od dobiegających zewsząd szmerów. Co rusz słychać było pląsanie maleńkich, białych strużek pyłu, turlających się stromym zboczem w pchnięciach zdyszanego wiatru. Miałam wrażenie, że góry przemawiały tysiącem niepojętych języków.
Na każdy nowy dzwięk, odwracałam głowę w wszystkie strony świata, nasłuchując uważnie, skąd dobiega. W tej dezorientacji wnet znalazłam się na przewyższeniu, gdzie dalsza droga była już szarpaniem się z betonowym żlebem.
Powieki chwilami leciały mi z niedoboru snu, więc w tym miejscu miałam szansę się otrząsnąć i wziąć za siebie.

Pokrywa śnieżna, chociaż wtenczas  dość stabilna, płatała niemałe figle na kilku mocniej eksponowanych fragmentach, które okazały się być mocno oblodzone.
Ktoś, kto prawdopodobnie zdobywał w butach skiturowych górę dnia poprzedniego, wyciął w niektórych miejscach słabo zarysowane kanty, jednak ten ktoś miał wielgaśne, szczudłowate nogi, sądząc po odstępach między założonymi śladami.
Chociaż na długość moich nie narzekam, marne 170 cm wzrostu nie wystarczyło do pokonania żlebu, korzystając z zastanej możliwości. Musiałabym podnosić stopy na wysokość tułowia i wisieć w żlebie, niczym rasowy wspinacz, katujący się w ścianie.
O ile w ścianie przybieranie adekwatnej pozy jest czynnikiem zupełnie naturalnym, mnie, wchodzącą żlebem, mogłoby narazić na śmieszność. :)

Dodatkowo cały stok wyślizgany przez zjazdy skiturowe, chwilami zatracał ślad.  Zdecydowałam się tym razem kopać własne dziury, umożliwiające zahaczenie końca buta, oszczędzając jednocześnie kolana wyklinające osobę  ''szczudłowatego zdobywcy'', którego tropem próbowałam początkowo się poruszać.
W takich chwilach człowiek zaczyna doceniać magię ciężkich butów pod automat i ich świetnie spełniające się w podobnych miejscach twarde przody.

Po dotarciu na przełęcz szybko odbiłam w prawo, gdyż jest zbyt wąska i miejscami nawiana, co utrudniłoby dłuższy komfortowy pobyt w tym miejscu.

Jest jedną z ładniejszych dzikich przełęczy w wersji zimowej, na jakich miałam okazję stanąć. Zawdzięcza to bez wątpienia nie tylko swej ciasnej budowie, ale i bliskiemu widokowi na surowe, skute lodem ściany nad nią sterczące, które trącane zimnym oddechem wiatru, skrzywiają swe urodziwe, granitowe ramiona nad dolinami. Imponujący widok!

Musiałam zakotwiczyć tu na dłużej, więc schodząc na dogodną półkę śnieżną, rozłożyłam karimatę  i czyniąc sobie skałę zagłowiem, spoczęłam w półtoragodzinnej kontemplacji.

Czasem melancholię przerywały mi odłamki lodu, odrywane promieniami palącego słońca i spadające z góry na kask, którego intuicyjnie nie zdjęłam. Ocaliłam więc nie tylko skórę głowy przed rozcięciem, ale i samą głowę przed popadnięciem w zupełne zwiotczenie umysłowe.


To mi już nie groziło, gdy tylko po upływie czasu, podniosłam się i wyjrzałam zza skały na drogę, którą zamierzałam wejść na szczyt, tonącą w coraz gorętszych uściskach słońca. W praktyce ten fragment wcale nie okazał się łaskawszy, niż wyglądał. Śnieg wyjeżdżał spod butów i konsystencją przypominał grysik, wróżąc pełne gacie przez najbliższe piętnaście minut włażenia.


Mimo sporego zmęczenia starałam się nie przebywać długo w tym terenie i walcząc z każdym krokiem posuwałam się wyżej, by już po chwili stanąć na przepięknym - wręcz malarskim nawisie, z którego wreszcie widać wierzchołek góry i wspaniałe, pionowe ściany, wyrastające pod masami śniegu, podtrzymujące łagodność białej kopuły dreszczogenną szarością granitu.



Tamtejszego geniuszu nie da się opowiedzieć... trzeba wtulić zmysły w ich lodowate ramiona, zostać na dłużej, zapomnieć się i dotykać nieba przez uniesione wolno ręce...
A potem wsłuchać się w dyszący wiatr, w zgrzyt czekana na zniewolonej zimą skale i te góry w śniegu, jak w białej sukience...

Podczas, gdy nasycałam oczy bogactwem krajobrazu, Aro robił zdjęcia najbardziej okazałych ścian w okolicy. Teraz zrozumiałam, dlaczego wielokrotnie wyznawał, że lubi tę górę. Nie sposób pominąć jej oczywistych walorów panoramicznych.



Wreszcie, noga z nogi, ruszyłam ostatnim, łagodnym już garbem wyżej, gdzie po kilku minutach, w pełnym słońcu stanęłam na szczycie Baranich Rogów - wybitnej i niezwykle specyficznej góry.

Ku własnemu zaskoczeniu nie czułam większej satysfakcji a jedynie kompletne ''zbaranienie''.
Przez chwilę zastanawiałam się nawet, czy może nie jestem zwyczajnie zawiedziona. W końcu wyobrażałam sobie, że zimą podejmie próbę nie wpuszczenia w swe rogate włości. Ale jak to baran - zero woli walki. Nic dziwnego, że tak ją nazwano.

Tonąc w stanie relaksu, zawinęłam się w śpiwór i w oczekiwaniu na wolno topniejący śnieg na palniczku, szykowany pod ugotowanie ciepłej zupy, pogrążyłam myśli w głębszym rozważaniu zaskakującego odczucia.
Tymczasem wrzątek skwierczał coraz głośniej, wprawiając mnie w ulubiony moment przeżywania zimowych koczowań na szczytach.

Wreszcie zaczynam wszystko rozumieć. To tęsknota za samotnością w górach, podnieca mój letarg i sprawia, że nie czuję, jakbym robiła wszystko w zgodzie ze sobą.
Jestem na jednym z najpiękniejszych szczytów w okolicy! W duchu cieszę się, jak głupia, ale swojej radości nie potrafię z jakiś powodów przelać na otaczający mnie ogrom chwały.

Wspominam wszystkie chwile, w których przed laty wędrowałam po górach bez towarzyszy i porównuję z ostatnimi sezonami, obfitymi w drogi wymagające partnerstwa górskiego.

Kiedy przebywam samotnie, czuję niezaburzoną jedność z naturą. Mam sposobność, by się nią dogłębnie nasycać. Mogę poznawać, wsłuchiwać się, co wzbudza we mnie ufność w to, że nie wyrządza krzywdy. Jest mi najbliższa i najłagodniejsza.
Nie oddziela mnie wtedy od niej żadna struktura, głos, szelest wygrzebywanych przez kogoś z plecaka rzeczy.
Nie czuję osaczającego oddechu na plecach ani nie zastanawiam się, dlaczego czyjaś postać przysłania mi najważniejszą część gór - mistykę.

Ja chyba po prostu w górach najbardziej kocham ciszę.


Nie mogę tego samego doświadczać, kiedy decyduję się na połączenie sił z inną osobą. Zawsze w jakiś sposób drugi człowiek będzie dla mnie stanowił mur, dzielący od wewnętrznego przeżywania bliskości natury.
Przestaję jej ufać na tyle, by ze spokojem w głowie, piąć się wyżej. Czuję, jak z każdym krokiem ona oddala się ode mnie. Boję się, że wcale jej wtedy nie znam.

Nie mam odwagi konkurować z ciszą, jaką mnie obdarza i zastępować jej presją, wywoływaną pod wpływem obserwacji grymasu na ludzkiej twarzy, ruchów, przewidywania tego, co ktoś myśli, w jaki sposób postawi nogę, w którą stronę spojrzy.
Owa odpowiedzialność za przebieg wyjścia plasuje je w charakterze wyjść bardziej sportowych, niż przesiąkniętych wizją oddalenia się od spraw ludzkich i zbliżenia do spraw duchowych.

Przeżywając wielogodzinne rozterki na Baranich, omal nie przeoczyłam tak wyczekiwanego przeze mnie zachodu słońca. Właściwie to... przeoczyłam, a raczej przegadałam, wyrzucając z siebie część wątpliwości, obrośniętych zgorzkniałą nutą patosu.
Nagle moje oczy ujrzały ostatni, tlący się zaledwie kilka chwil promień zachodu, zwieszony nad masywem Lodowego.
Te góry są, doprawdy, niesamowite! Ich istota zawsze inna. Nie ma dwóch takich samych wyjść. Dwóch jednakich zamiłowań w otaczającym człowieka dobrodziejstwie.
Czasem okupione trudem, potem, złością - zawsze spuentowane najdroższym sercu milczeniem.

Spakowaliśmy rzeczy i wskoczyliśmy w dodatkowy sprzęt asekuracyjny, potrzebny do bezpiecznego nocnego zejścia na koryto doliny.
W górach zapadł zmierzch. Mimo całej wcześniejszej plejady niekorzystnych przeczuć, właśnie on sprawił mi największą przyjemność. Nadrobiłam więc zaległości fotograficzne, wieńcząc wielogodzinny biwak na Baranich, pamiątkowym ujęciem.


Nocą związaliśmy się i zaczęliśmy schodzić nieco inną drogą, na asekuracji lotnej. Przez chwilę obawiałam się, czy nie będzie to zejście tzw. ''dwójką samobójką'' , ale na szczęście teren umożliwił szybkie i częste zakładanie przelotów, co znacznie przyśpieszyło nasze dostanie się w bezpieczniejszy teren, a potem do doliny, bo już w niewiele ponad godzinę pózniej byliśmy w Terince. Nasz pośpiech stymulowały również inne czynniki, jak choćby chęć dostania się tej samej nocy do domów, oddalonych setki kilometrów stąd.
Gdyby nie powyższe i fakt niesprzyjających warunków świetlnych, pewnie nawet nie wyjęlibyśmy na tym odcinku liny - jednak nocą warto skorzystać, jeśli ma się te 30 metrów w plecaku.
Grysikowaty śnieg nagle przybrał konsystencję śliskiego betonu, co w zasadzie działało na naszą korzyść, bo dzięki temu mogliśmy sprawniej i pewniej poruszać się w żlebie, asekurując mocno osadzanym czekanem.

Nie spodziewając się, że w tak błyskawicznym tempie dotrzemy do Spiskich, przyjęłam automatyczną gotowość do dalszej, co najmniej trzygodzinnej drogi.
Moja ochota szybko spłynęła potem z czoła, gdy tylko dosłyszałam pierwsze szmery w ciemnej, opustoszałej dolinie.

Jak zwykle sprowadzam na siebie same nieszczęścia przez to nocne włóczęgostwo - pomyślałam.

Nagle za naszymi plecami rozległo się echo niezidentyfikowanego dzwięku zwierzęcego, przypominającego dramatyczne kwilenie. Może to jakieś młode nawołuje matkę?

Ruszyliśmy pędem przed siebie. Nie pamiętam, bym kiedykolwiek schodziła szybciej z gór. Presja psychiczna, potęgowana zmęczeniem i niewyspaniem powodowała, że o niczym już nie marzyłam, prócz dostania się do tego cholernego miasteczka na Słowacji. Niestety tak mocno daliśmy sobie popalić narzuconym tempem od samego szczytu, że po wylądowaniu wreszcie w chacie Zamkowskiego, nie byliśmy w stanie ruszyć się dalej. Ledwie wsparłam głowę o stół - zasnęłam, budząc się rano z wysokim rachunkiem, wystawionym za ową, względną przyjemność...

17 komentarzy:

  1. zapraszam na kurs czeskiego do mnie...hahahahah :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co proponujesz dla mnie na początek? :D

      Usuń
    2. na początek...hmmm... tuzemak i utopence :D

      Usuń
  2. niesamowite, niezwykłe, imponujące! aż mi głupio za swoje lenistwo ale ja nie lubię chodzić pod górę od dziecka i co z tym zrobić? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żeby dotrzeć do zródła, odkryć sens - trzeba iść pod prąd. W tym wypadku - pod górę :-)

      Usuń
  3. Da się w ogóle zasnąć w takich warunkach (zdjęcie ze śpiworem)?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pod względem czysto technicznym, jeśli ma się odpowiedni sprzęt, tak.
      Natomiast pod innym (bardziej psychicznym) względem jest o wiele trudniej - zwłaszcza, że zimą noc trwa dwukrotnie dłużej, niż latem.
      Czasem staram się nie patrzeć na zegarek częściej, niż raz na godzinę, przy czym przeciętnie przesypiam zaledwie około 2 godzin podczas całej nocy. Wiąże się to również ze wzmożoną czujnością i pewnego rodzaju strachem. Tak po prawdzie, człowiek, śpiący wysoko w górach marzy wyłącznie o tym, by noc się już skończyła i tęskni za jakimkolwiek promieniem światła na niebie.

      Usuń
  4. A czego się tak boisz? Zwierząt? Załamania pogody? I co jest potrzebne (sprzęt), żeby móc zasnąć? Ja chodziłam nocą dwa razy (co prawda tylko przez jakieś 3 godziny za każdym razem) i też się bałam, zanim do tego doszło, ale nie było tak źle. Nawet bym powiedziała, że wędrówki nocą mają swój urok.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Strach dotyczy przede wszystkim dzikich zwierząt, na których terytorium jesteśmy gościem. Podczas wkraczania w taki teren nocą, musimy mieć to na uwadze, że najważniejsza powinna być dla nas natura - nie my sami. Wszystko trzeba robić w zgodzie z nią i nie przekraczać pewnych granic, szczególnie jeśli na prawdę się ją szanuje i kocha.
      Załamania pogody boję się mniej, gdyż zawsze pod tym względem jestem solidnie przygotowana; mogę wiele przewidzieć, korzystając z aktualnych pomiarów, ale warto mieć sprzęt asekuracyjny w razie potrzeby np. awaryjnego nocnego zejścia.
      Jak chodzi o sprzęt potrzebna jest przede wszystkim odpowiednia odzież; gore i puch (w większości częściach garderoby) + ocieplacze chemiczne, folia nrc, i tego typu sprawy. Dodatkowo solidny śpiwór puchowy, odpowiednie maty, płachta, kuchenka - to te podstawowe.

      Noc w górach, owszem, ma swój urok... jednak ja osobiście o niczym innym wtedy nie marzę, jak tylko, by wreszcie zaczęło świtać... :)

      Usuń
    2. Ps: Nocą chyba najbardziej człowiek boi się po prostu uczucia osamotnienia w dziczy. To trudne uczucie.

      Usuń
    3. A poza niedźwiedziem ktoś nam w ogóle może zrobić krzywdę? Podobno tak normalnie one się boją ludzi i od nich uciekają, tylko przez to że ludzie zostawiają na szlaku śmieci i resztki jedzenia, zaczynają się do ich otoczenia zbliżać coraz bardziej i ten dystans zostaje zachwiany (synantropizacja)

      Usuń
  5. Bardzo szép vrchol. Powodzenia in further zdobywaniu Die Grosse Tatra Krone :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Nie zdajesz sobie sprawy jak ci zazdroszczę :-) Ja mogę takie piękne obrazki oglądać tylko na zdjęciach i w telewizji :-( Mam lęk wysokości i nie zdobył bym się na taką wyprawę. Piękne zdjęcia... Inna sprawa że prócz odwagi trzeba mieć i kondycję... Ech... Pozdrawiam serdecznie. Stasiek z www.stanislawgorny.blog.onet.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też kiedyś, lata temu walczyłam z paraliżującym lękiem wysokości :) Pozdrawiam cieplutko! :)

      Usuń
  7. Niesamowite zdjęcia gór 👍 kocham je ❤️ Zawsze tam nabieram dystansu do życia .

    OdpowiedzUsuń
  8. Jak ja chciałabym mieć blisko góry, ale jakimś cudem mieszkam nad morzem :D Dla takich widoków warto się przemęczyć!

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Skazana na gór dożywocie , Blogger