Czerwcowe nieba nad Pogórzem

To było jeszcze, zanim jeszcze nade mną zapadł ostateczny wyrok - Skazana na gór dożywocie...
Nie potrafię nawet powiedzieć, kiedy zakochałam się w wschodach i zachodach, a skoro jest to data zbyt odległa, by ją pamiętać, przypuszczać mi wolno, że w chwili wychylenia głowy z łona matki, zderzenia ze światłem i wydania pierwszego głośnego płaczu. Wszak zrodzona zostałam porą popołudniową w mrozny, zimowy dzień, zaszywany właśnie ostatnimi, ostro karmazynowymi falami zachodu.
Potem przez lata pędziwietrznej wędrówki towarzyszyła mi ta sama jasna, przepoczwarzająca się co kwadrans tarcza słońca, co się chowa za czeredą zamgleń, rozróżnia rysy twarzy, podkreśla kształty, nasyca barwy i wydobywa nawet doliny zaniesione chudym cieniem.
Ranne zorza i gasnące zmierzchy zawisły jak amulet na młodzieńczej piersi. Amulet, którego należy strzec. Ozdabiałam się nim. Wybiegałam na mokrą trawę, z której jeszcze się nie poderwała rosa, przeczesywałam mgły, chłonęłam ich zapach.

Dopiero potem pojawiły się góry.
Nie!
Góry były zawsze...
To moja wola wyjścia w nie dojrzewała w blasku wielkiej kuli gazowej, oddalonej miliony mil. Kuli, dzięki której oczy moje, jak i wasze dowiedzieć się mogły, że istnieje coś na kształt dziobów, wieży, katedr; jest zalesione, skaliste, mroczne, dzikie lub zupełnie jasne, zwieńczone promieniem.

To Słońce, jak Ognisty Stróż. Kłaniam się jego sile odkąd płynie we mnie krew i kłaniać będę, póki nie zastygnie nalotem chłodu przydrożnych kosiarzy. A gdy tak już kiedyś nastanie i wigwam mój zniesie zimny wiatr - znajdzie mnie, jak znajduje każdy skrawek tej Ziemi wraz z jej namiotami, rzekami i prochami przodków.

Póki jednak duch mój spleciony z ciałem oglądać chce całe dookolne bogactwo, a w dodatku za pomocą palców ubierać słowa w wyrazy a wspomnienia każdej miriadowej fali Słońca w fotografie.... Niech się wiedzie!

Miesiąc czerwiec obfity był w niebywałe zmiany nieba. Najwięcej z nich dane było mi obserwować nad mym rodzimym Pogórzem. Wychodziłam regularnie o drugiej w nocy, czasem niedosypiałam a czasem bardzo pózno wracałam, kładąc się spać nad ranem. Jak zwykle przy okazji tak owocnych chwil na łonie natury, nie obyło się bez biwaków, godzin spędzonych na parzeniu wrzątku, stworzeń skrzydlatych i lądowych, co podchodziły, jak łaszące koty pod obrośnięte chłodem nogi.

Poniżej zostawiam Wam parę ''ślepych'' strzałów czerwcowego nieba, jak na amatora kalkulatorów przystało.

Życzę Wam wspaniałego sezonu letniego! I tym, co w górach i tym, co na nizinach czerpią z łask wspaniałej natury.
















2 komentarze:

  1. Lubię obserwować wschody i zachody słońca. Zwłaszcza w górach. Jest tam jakiś niepowtarzalny klimat.

    Nowa przygoda- wspaniale! Powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja w ogóle uwielbiam góry, a że dużo chodzę, takie wycieczki nie są mi straszne. Mam nadzieję, że część swojego urlopu spędzę właśnie w górach. Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Skazana na gór dożywocie , Blogger