Droga przez góry drogą do samego siebie...



Tej ciepłej, schyłkowej nocy sierpniowej powietrze po raz pierwszy zapachniało wolno nadchodzącą jesienią. Usiadłam w fotelu, w swym domowym zaciszu i przez otwarte na oścież okna, obserwowałam gwiaździste przestworza. Wśród jaśniejących iskier nieba, zza skłębionej chmury, przedzierał się blask księżycowy, wpadając we wnętrze utulonego półmrokiem pokoju. Żółty płomień świecy, ustawionej na stoliku, tlił się i odbijał w krągłościach kieliszka, wypełnionego do połowy czerwonym Porto. Sączyłam je wolno, uważnie przy tym przyglądając się spotkaniu światła z półmrokiem. Ciszę przerywały delikatne uderzenia klawiszy. To Benny Andersson w utworze Chess. Coraz wyraźniej czułam, jak dojmujące pragnienie wzniesienia się nad dźwięki, zapachy, tęsknoty, wzruszenia  łamie moje myśli i rozrzuca wokół przedmiotów, wypełniających domową przestrzeń.

A może właśnie nastawał czas, by wrócić do publikowania, by wszystek plon wewnętrznych deliberacji pozbierać w całość i uwolnić? 
Długo  mnie tu nie było. Wyłączyłam się z życia górskiej społeczności. Pisałam w swym uboczu. Znikłam. Czasem tak mam...
Nie znaczy to, że mniej mnie wtedy w górach, czy gór mniej we mnie - przeciwnie - im więcej mnie tam, tym większa potrzeba ciszy i alienacji. W ostatnich miesiącach niezmiennie wyjeżdżałam w różne góry.
Nie da się jednak opisać każdej podróży w głąb siebie, a nawet chyba to niezdrowo. Z czasem przychodzi pogodzenie się z niemożnością pochwycenia wszystkich srok za ogony - chciałabym jednocześnie bywać w górach i mówić o nich, jednak gdzie wtedy moment dla trwania ciszy...?
Korzystam z rarytasu czasów, w jakich przyszło żyć - z platformy blogera- dlatego tylko, że to dobry środek do wymiany energii.
Ta wymiana - jakże niezbędna - czyni naszą przestrzeń bogatszą, a nas wpisuje w człecze  szeregi, uwspólnia, uwydatnia potrzebę podróżowania przez życie, sprawia, że nie jesteśmy samotni w swej podróży.
Wymieniamy się na różne sposoby; gdy pogrążamy się w rozmowie - jakbyśmy nie widzieli się od lat, gdy przypadkowo spotkamy się na szlaku, gdy w pośpiechu, zupełnie niechcący trącamy czyjeś ramię na ulicy, gdy odpowiadamy uśmiechem na dolane przez kelnera wino, gdy zza szyb samochodowych obserwujemy ludzi, wymijających na ciągłej. Nieraz to tak wiele, a nieraz tak mało, by poczuć, że mamy tę samą ziemię pod stopami.
Moim środkiem do wymiany nastroju ze światem jest pisanie. Ono mnie uwalnia. Sprawia, że przez chwilę wychodzę poza schemat zamkniętych drzwi. A jeśli przy tym są jakieś - choćby niewielkie -  korzyści dla czytających w postaci przenikania za pomocą mojego świata w magiczny świat gór, ma to sens...

Blogowanie. Strasznie nie lubię tego słowa, jak zresztą wszystkich tych słów z namiastką nowoczesności. Tak się nieraz zastanawiam, czy istnieje jakieś wyrażenie zastępcze, którym mogłabym posługiwać się, nazywając to, co robię.  Tt, tt, tt... uderzenia w klawisze laptopa.

Śledzę losy blogerów, piszących poradniki, wskazujących drogę, opisujących przejścia, radzących, podpowiadających, co warto, czego nie, dostarczających świeżych wiadomości z gór i ze środowiska, a przede wszystkim piszących treści użyteczne dla was w górach. Są bardzo dobre. Są miłe w odbiorze. Są już odpowiednio sporządzone. Na cóż je kalkować?
Pozostaję sobą, nawet, jeśli to, o czym  piszę, zupełnie odbiega od ogólnego pojęcia blogowania o górach. Ale, czy ja aby na pewno bloguję o górach tylko?

Za pomocą setek kryptonimów i tysięcy znaków zapisuję tu jakąś część swego życia.

To taki trochę pamiętnik myśli, do którego was zaprosiłam i w którym wasza obecność sprawia mi radość, z nadzieją, że to obustronna wymiana energii w różnych jej postaciach.
Mam swoje odczuwanie, swoje przeżywanie, swe niepogodzenia i pogodzenia...małe wielkie rzeczy.
Góry miłuję ni mniej, ni bardziej, niż wszystko, co z nimi harmonizuje - są mi bliskie, niejako wpisane w me życie, są jego częścią. To niewyczerpane źródło natchnione cudowną aurą, me nieuwolnienie i niepożegnanie.
Nazywam energią wszystko, co w sposób nienamacalny, acz wyczuty dotyka od środka, a potem rozszczepia się wszędzie, dokąd prowadzi ludzka droga - najczęściej na skrzyżowania z innymi ludzkimi drogami. Upamiętniam tę własną drogę poprzez pisanie, a to, że dzielę się z wami choćby jej częścią, daje mi poczucie, że mogę coś oddawać, ale też coś zyskiwać. Raz zrzucam z siebie jakiś ciężar myśli, innym razem dzielę niepodzieloną dotąd radość z obcowania z tym, co piękne, albo z tym, co trudne.
Czasem działa to jak porządna psychoterapia.




Powoli oswajam swój amorficzny umysł z ostrokształtnym traktem miast, ze zbyt bliskim horyzontem, z wysokim piedestałem marzeń.
Czasem ze zdławionymi słowy otwieram te pozamykane na trzy zamki drzwi i odkrywam, że choć jakoś prościej przychodzi dostrzeganie piękna wysoko, gdzie pną się szczyty - zniesione stamtąd -  tutaj jest najbardziej niezbędne.  Nie to, żeby skały przestały być mym natchnieniem i nie to, żeby całe wrodzone wariactwo mnie opuściło - ja po prostu czuję, że ta miłość do gór na przełomie ostatnich lat bardzo dojrzała i to moje niedoceniane pogórze warte miłości, i wszystkie stworzenia przyrody ożywionej i nieożywionej, i ludzie i świat i szukanie w nim nieodkrytych prawd o tym, jak goić się w sobie. Jestem w nieustannej podróży - do swego wnętrza. To najpiękniejsza podróż, a na imię jej Życie.
Pamiętacie Wrzosika? Tak, to ten bieszczadzki anioł, co - na jawie - huśtał się w rozpuszczonych włosach i przysiadywał na mym ramieniu w trawach połonin, czyniąc zeń poręcze do zjeżdżania. Wrzosik przemienił się w motyla i reemigrował z opustoszałego wrzosowiska, gdzie na grzędach zakwitały całe tabuny różowoliliowych kielichów, nasączonych poranną mgłą. Pewnego razu, przyfrunął do mnie, znajomo zatrzepotał skrzydłami, usiadł na mym ramieniu i już tak pozostał. Spojrzałam ze zdumieniem na jego wielobarwne, rozpięte skrzydła i poczułam, że to piękne dziwło wzrusza me pragnienie wzbicia się w przestrzeń, że otwiera moje oczy na cuda najdrobniejszych, prostych rzeczy, że jak w utworze Lou Reed...... Oh, it's such a perfect day!
Zetlałe marzenia rozbudziły się, oddech stał się taki głęboki i wiatr, czeszący grzywy górskie wybrzmiał cichą kantyleną, a ja poczułam, że odtąd góry już nigdy nie będą te same. Będą pięknieć z każdym dniem. Będą trwać, nawet, gdy ja przeminę, gdy przeminie me życie. Na mym ramieniu siedzi piękny motyl. Chciałabym ocalić go od przemijania. Niech by przez wieczność fruwał nad górami, niech by spijał ich piękno i odpoczywał wśród zieleni. A może właśnie słowo pisane jest ocalające od przemijania? Może doczesność to tylko lęk...?


Gdy niedawno wróciłam z mych kochanych gór, na wszystko wokół spojrzałam inaczej, obraz nizin wydał się mniej przytłaczający, schematy dnia trochę zrozumialsze.
Patrząc na garby, smagane letnim słońcem, zaczęłam zastanawiać się, dlaczego właśnie wśród nich potrafiłam znaleźć swą tożsamość, dlaczego dawno temu przestałam poszukiwać jej w dolinnej powszechności, co sprawiło, że uczyniłam je swoim przytuliskiem.
Wspomniałam chwile, w których czułam się jak pękająca kariatyda, niemogąca dźwignąć wiszącej nad sobą kondygnacji.
Wyznaję, że mogłam wieść jałowe życie, a zdecydowałam, że chcę wiedzieć, jak jest żyć naprawdę. Z kariatydy uroczyście przeobraziłam się w wojowniczkę i to wydarło mnie ze szpon topornych konstrukcji. Odtąd oddychałam głębiej i żyłam pełniej. Tylko czasem smutniałam - jak smutnieje człowiek zamknięty w czeluściach swego własnego umysłu, do którego nie dochodzi światło dnia. Ja nazywam ten stan jesienią duszy.

Są momenty, których nie zapomina się nigdy. To smak pieczonych na piecu kaflowym ziemniaków, to beztroski śmiech dziewczynki, biegnącej za poderwanymi do lotu ptakami, to zaglądanie ludziom głęboko w oczy, to echo babcinego śpiewu, to blask żarzącego się ognia, to długie godziny przemówione z każdym, kto choć trochę bliski, to czyjaś bezsensowna śmierć, to rozkwitająca miłość do sztuki, to obserwowanie zła wydarzającego się w świecie, i próby przechwycenia życia w swe własne ręce.

Gdyśmy powici, pragniemy co prędzej być dorosłymi. Gdybyśmy już dorośli, widzimy, jak mało czasu mieliśmy na naszą młodość.
To niewyklute dzieciństwo, zmieniające się w przerażającym tempie w dorosłość, to zaznanie błędów, udręk, porażek i łez, to doświadczanie wzlotów, sukcesów i marginalnych radości, wreszcie; to też pierwsza podróż w nieznane, pierwsze odkrycie gór i esencji natury. (Czy moja dusza się starzeje?)
Są też momenty, jak ten, gdy człowiek odkrywa swoje własne przebudzenie. I nie budzi się dlatego, że tak w książce podpowiedział Anthony de Mello, ani dlatego, że przez długie lata przygotowywało go do tego otoczenie, ani dlatego, że sam zamierzałby kiedykolwiek się zbudzić.
Przebudzenie przyszło nieoczekiwanie. Stanęło przede mną, jak odpowiedź na pytanie, które zadawałam sobie przez te wszystkie lata włóczęgi: Dlaczego góry? Przyszło w tępym uderzeniu ciszy. Nie mogłam jej znieść. Teraz wiem, że i cisza wydarza się po coś.




Zeszłam z gór, rozejrzałam się dokoła i zachwyciłam, ujrzawszy łany zbóż, wyścielone chabrami, ptaki wzbijające się nad grzbiety wież, wiejskie zabudowy i opłotki, ludzi idących uliczkami miast i tych zatrzymanych w pół kroku. Potem przyszedł wiatr. 

To był widok spokojnej Polski w niespokojnych czasach, Polski nie potrafiącej ochronić naszego poczucia wartości, kraju i życia zdominowanego przez niewłaściwych ludzi na niewłaściwych miejscach, ról poprzydzielanych zbyt pochopnie, wyborów za prędkich, powiązań nie takich, i rozwiązań za trudnych. Ale przecież codzienność zbudowana jest z naszych własnych prawd i jesteśmy tyle warci, ile sami dajemy. Gorzej, gdy darowane nie znajduje przyjęcia. Gorzej, gdy przychodzi nam żyć szablonowo a wszystko, co w nas najlepsze, nie jest znikąd oczekiwane. 

Wtedy, po zejściu w doliny, po raz pierwszy zrozumiałam - tak naprawdę- , dlaczego ukochałam góry. W nich dajemy z siebie dużo. One to przyjmują. Może dlatego, że nie mają gęby, by wygęgać: A idźcie sobie w...! A  może dlatego, że taka jest ich natura.  W nich zawsze jesteśmy coś warci. 


Jesteśmy tam czymś więcej, niż pionkiem w grze, koniem trojańskim, hetką-pętelką. Decydujemy i to jest nasze. Gdy chcemy wejść na szczyt, musimy podjąć trud drogi. Każdy wykonany krok przeciąża szalę w stronę życia lub śmierci. Każdy dotyk szczytu otwiera oczy na drogę w dół, którą przebyć musimy w skupieniu i uwadze, tak, by nie runąć martwym w dno doliny. W górach odkrywamy, że żyjemy naprawdę. Mamy szansę przyjrzeć się samemu sobie. Możemy spotkać się z ciszą,  nieuchwytną w dolinach, zawojowanych technologicznym hałasem. Możemy przez chwilę nie odczuć tego, co wypada. Możemy odczuć, kim naprawdę jesteśmy. 

W górach wychodzimy na spotkanie z pięknem cierpienia. Każda droga pod górę jest przecież mniejszym lub większym cierpieniem - nieistotne, czy się wspinamy, czy wędrujemy, czy obserwujemy wielkie czoło lawiny, czy pieczemy się w skwarze słonecznym. 
Góry, choć pod górę wiodą - co wytrwalszym wynagradzają pięknem roztaczających się widoków i mądrym spojrzeniem na rolę cierpienia, a może właściwie góry oswajają z cierpieniem. Może dlatego schodzimy z nich coraz to spokojniejsi, coraz to lepiej przygotowani na to, co na dole? 


W górach nie boję się życia. Tam boję się tylko śmierci. Wybrałam drogę przez góry, bo ona uczy, doświadcza i zmienia. Ta droga sensu nabiera dopiero, gdy odkrywamy, że nie wiedzie na szczyty ani po laury, a jest drogą do wnętrza samego siebie. 
Przekonałam się, że poprzez jakiś naturalny instynkt, w obliczu trudu ciszy i skrajnej samotności, można wyczuć swoje własne anioły i demony. Żeby rozpoznać światło, wpierw trzeba ujrzeć mrok. 
Dopiero po przekroczeniu tej bariery zaczyna się wspinanie. Dopiero tam - po tej drugiej stronie nas samych - kończy się próba samoakceptacji i udowadniania sobie wartości życia, a zaczyna się prawdziwa radość z tego, gdzie jesteśmy, co robimy i w jaki sposób nas to wzbogaca. 
Najpiękniej wspina się umysł. 

Wyrwanie się z transcendentnej aury gór jest o tyle trudne, że ów zlepek martwych głazów - tak najzwyczajniej w świecie - działa jak magnes na emocje, przemyślenia, doświadczenia. Tak przynajmniej wydaje się na początku. Na przestrzeni czasu jednak te konfiguracje zmieniają się; nabierają innych kształtów i znaczeń. 
Góry przestają być intencją samą w sobie, nie są więc już naszych ubogim wyobrażeniem o niewidzialnej sile skał, a drogą do odkrycia własnej siły ducha. 
Myślę, że one są doskonałą metaforą życia, a najciekawszą z gór do odkrycia jesteśmy my sami. 

Czy to nie jest trochę tak, że drogę przez góry wybierają ci, co skrycie pragną poznać samych siebie? 
Ci, co duchem wyalienowani z tego świata w krainę ukojenia, poszukują własnych śladów na wydeptanych traktach dolin? 




Czy też doświadczyliście, że w górach odmienia się stan waszego ducha? Że poprzez tę nieustanną wędrówkę śladami swych marzeń, dochodzicie wreszcie do czegoś więcej, niż marzenia? Że ta zmiana prowadzi do głębszego znaczenia w waszym życiu? 
Czy droga, którą podążacie, zaprowadziła was już do odpowiedzi, których poszukujecie? 
Czy może wciąż ''idziecie w toń za perłą o cudu urodzie, ażeby zostały po was jedynie ślady na piasku i kręgi na wodzie'' ? 

Chociaż mam wrażenie, że przez wielkie pragnienie dotykam sedna swej wędrówki, że ta kiedyś na wpół przytomnie wydumana mania górska została przebudzona, wiem, że jestem wciąż u początku drogi, która coraz bardziej mnie zastanawia, urzeka, przejmuje, która jest nieustannym odkrywaniem i choć czasem zbliża do smutnych prawd, innym razem tak bardzo oddala od egzystencjalnej śmierci. To moja droga przez góry do samej siebie. Warto nią iść. (Schopenhauer tym razem nie byłby ze mnie dumny.)

Przeczucie wystrzału wewnętrznych rozterek towarzyszy mi od dawna. A Chess - Anderssona właśnie zamilkł. Czas na Glena Goulda, genialnego wirtuoza klawiszy, szalenie dobrego interpretatora Bacha.

I płomień świecy z jednej strony trochę się obkurczył, z drugiej wzdął. Chyba czas wymienić wosk.
Tej ciepłej nocy sierpniowej siedzę za szklanym parawanem domkniętego już okna, gapiąc się w oczy międzyplanetarnej przestrzeni i zastanawiam się, jakby to było, gdybym teraz zamiast tu, była tam - na szczycie potężnej, wysokiej, skalistej góry.


Byłby późny październik lub wczesny listopad. Rozsunęłabym płachtę biwakową, wypełzłabym z szmacianego kokonu i popijała gorącą herbatę z domieszką wiśniówki. Niżej rozścielałyby się czeredy szumiących drzew. Na mym ramieniu siedziałby kolorowy motyl, pachnący wrzosowiskiem.  Ze szczęściem podniosłabym wzrok na dookolny pejzaż, upatrując, ile pięknych dróg jeszcze do przebycia. Nad głową paliłoby się całe lęgowisko gwiazd, a niebieski nadolbrzym w Pasie Oriona, imieniem Alnilam, już w całej swej okazałości górowałby nad rozległym horyzontem.
Oglądałabym z wysoka złote arterie nocnych miast, okalających lesiste wzniesienia u podstawy gór. Wszystko byłoby takie proste. Każdy oddech taki lekki. Ciszkiem niesiony świst jesiennego wiatru. 

Wszystko byłoby jak zawsze przy biwakach. Tylko Bacha nie słyszałabym tak wyraźnie. Tylko płomień świecy nie przykurczałby się na knocie. Tylko nie mogłabym o tym napisać.




4 komentarze:

  1. Jesień sprzyja dojrzałym przemysleniom. Sporo prawdy i ciekawych spostrzezeń. Dojrzała radość życia. Eh, aż mi się przypomina moje blogo... przepraszam, pisanie niegdyś ;) Idzie się jednak, piosenki zastąpiły posty, ale nic nie jest oczywiste i skończone. Tego tez przyroda i gory potrafią uczyc... Dobry post, zapachniało spokojną jesienią. Do zobaczenia na szlaku :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Jakie Ty piękne zdjęcia robisz! Bardzo mi się tu podoba, bo góry kocham od dziecka :-)

    OdpowiedzUsuń
  3. piękne zdjęcia

    https://www.youtube.com/watch?v=_wOnPywb0oY

    OdpowiedzUsuń
  4. Napisz coś jeszcze. Chociaż tutaj...

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Skazana na gór dożywocie , Blogger