''By wezwać obsługę, uderz mocno i energicznie w patelnię'' Smok Telesfor i leśni prześladowcy z Baraniej.

''By wezwać obsługę, uderz mocno i energicznie w patelnię'' Smok Telesfor i leśni prześladowcy z Baraniej.


Wiatr Harmonista ciepłym oddechem przenika witki zakwitających brzóz. Wchodzi między sady i nadrzeczne skraje, wędruje aleją bezkresnych połonin i skalistych progów, wspina się pod grzbiety niebosiężnych gór. Niby kwietniowy, już trochę majowy, szepce i śpiewa.  
O trawie, o strzelających pąkach stokrotek, o drzewach rozbielonych naręczem kwiatów, o zieloności wzgórz, o naszych tęsknieniach. Wraz z nim cicha ptasia kantylena wyrywa się spod powiek świtu. 
I tylko Ci zasłuchani w drżeniu swoich serc, ci spakowani i gotowi do drogi, usłyszą jej wymowną treść; trochę ptasią, trochę ludzką; bardzo wiosenną. 
Wiatr Harmonista podrywa moje pragnienia ku przestrzeni urodnych gór, gdzie powietrze pachnie ziołami i rosą, mgły wdzierają między gałęzie potężnych chojarów, a ponad nimi słońce, opasane błękitem nieba, bucha długimi, obfitymi lśnieniami.

Słyszę coraz donośniejszy tętent kroków; żywe echo niesie się otchłanią lasu i wybiega z jego wnętrza wprost na odsłonięte, nagie polany, porośnięte dojrzewającą trawą. Przywołuję pamięcią pejzaż jasnozielonych Beskidów, rozpalonych wiosną.
I nim wkrótce znowu ruszę w tę sielską krainę, by zaczerpnąć w pierś wiatru i ścigać obłogi, tańczące nad dalekimi polanami, - opowiem Wam o niezwykłym zakątku tych gór, po którym wędrowałam zeszłej wiosny wraz z zamiłowanymi w górach Aniołami północy.

Miejsce to zwie się... Telesforówka! Zastanawiacie się może, co to takiego? Niewielu pewnie o niej słyszało. Przyznam - choć nieśmiało - że i ja o kryjówce Smoka Telesfora bladego pojęcia nie miałam, mimo, że Beskidy - wydawać by się mogło - znam dość dobrze.

Ale chwila...! Nim zabiorę Was w tę szczególną krainę, opowiem o tym, co w krzakach piszczy na Baraniej...😃

BARANIA GÓRA

Swoją rajzę rozpoczęliśmy w okolicach Pietraszonki, gdyż współtowarzyszom bardzo chciałam pokazać Chatkę AKT Watry, do której żywię niemały sentyment. Przed laty o chacie opowiedział mi zaprzyjaźniony, emerytowany już przewodnik beskidzki, były prezes Klubu. To za jego udziałem niegdyś poznałam niesamowitych ludzi, zrzeszonych w AKT, a on wciąż z radością wspiera i obserwuje działalność, której w latach 60-tych wraz z innymi ówczesnymi studentami dał piękny początek. Klub słynie głównie z wypraw górskich, kajakowych i rowerowych. Podczas uroczystości przyjęcia do Klubu, nowoprzyjęci składają przysięgę oraz próbują słynnego barszczyku, za sprawą którego stają się ''prawdziwym gorczańskim zbójem''.

Jasno płonie watra w lesie, echo piosnke niesie w dal
i rozlega się dokoła pieśń cudownych gorczańskich hal 
Przy ognisku wiara siedzi i gotuje barszczyk swój
a kto barszczyk ten spróbuje ten prawdziwy gorczański zbój...

Przed laty w Chatce bywałam przy okazji różnych wydarzeń około-górskich. Dobrze było tu powrócić.
Zdjęcia archiwalne sprzed kilku lat. 

Leśną wstęgą południowych stoków Baraniej Góry zaczęliśmy przeprawiać się w kierunku kopulastego szczytu, zatrzymując się na krótki popas w upiornym gmachu schroniska Na Przysłopie, którego oprawa przypominała sadybę zesłanych. Opuściliśmy je z niemałą ulgą, by już po chwili piąć się w górę wśród świerkowych wiatrołomów.

Przez bezkresy nieba szły biało-granatowe kreatury kosmatych chmur; jedne szklące jak sznury pereł i korali tanzanitu, inne pierzaste jak drapieżniki o zakrzywionych szponach, niektóre przypominały sine, garbate widma z obrazów Beksińskiego. Trwoga! Zgroza! Okrucieństwo!
Kwiliłam w takt linii melodycznej zapieprzających za nami piorunów, a tu nikt ani myślał się zlęknąć. A skąd! Znad prawego ramienia usłyszałam przenikliwy komunikat. Na Baranią Górę nie dość, że idziemy, to jeszcze wejdziemy. Wiwat!

Wtem złowrogie ptasie odgłosy, dobiegające z głębi chaszczy, zatrzymały mnie wpół kroku i niemalże lamentem wysłowiły, doniosły; Nadciąga! Uciekajcie!
Leśni prześladowcy! Małe skrzydlate burz proroctwa!
Moja filozofia głosi; Gdy się w górach boisz - pogadaj sobie o tym - a jakże!
Ośmieliłam się przestrogę braci mniejszych niezwłocznie przekazać dwóm chwatom tej wyprawy, a ów ''dowcip'' tak się przyjął, że przemierzając kolejne zakosy leśne, nie szczędzili sobie szerokich uśmiechów na twarzach i dyskusji na temat ptasiego stanu mojego ducha. Już ćwierkałam z radości, gdy ten z prawej - co szedł ze mną ramię w ramię - na każdy nowy dźwięk zasłyszany z otchłani gęstwiny, dociekał, co też ptaki tym razem próbują nam przekazać.
Jedno było pewne; on słyszał radosny śpiew skrzydlatych, nawołujący i zapraszający czym prędzej na szczyt góry, ja słyszałam upiorne mamroty istot dzielących się wiedzą tajemną.

Choć wszystkie znaki na ziemi i wszystkie znaki na horyzoncie, przemawiały głosem donośnym, że zaraz łupnie, strzeli, rąbnie i zostaną z nas farfocle - nie rąbnęło, nie strzeliło, nie łupnęło, a my nie dość, że cali to jeszcze uradowani, że świetliste krążowniki nie napłynęły ku nam, mimo wszystkich ptasich obietnic. Że choć kropi, mży się, to trawa zielona i zielona dusza. Że góry, że wiosna! Że las paruje! Chwilo trwaj!

Krajobrazy z wieży widokowej na szczycie Baraniej Góry







Świeżość poburzowego lasu przepajała duszę krzepiącą siłą a koloryt jego tworzył miraż ziemskiego Edenu.  Tu szmaragdowe rozlewiska roślin - tam horyzont turkusowych grzbietów. Z gąszczu zwilgłych paproci wyłoniła się wąska, kamienista ścieżyna, która zawieść miała nas w drogę powrotną Doliną Białej Wisełki.
Zakrzepłe na drzewach kory, rozłupane podmuchami czasu, osłaniały żywość ich wnętrz, jak najczulszy instynkt matki ochrania główkę niemowlęcia. Z czeredy iglaków, wyrastały pojedyncze rośliny drzewiaste, a niektóre ich pnie i szyje korzeniowe, pokryły śliczne odroślowe pędy. Cały przytułek leśny pałał rytmem naszych serc.
Westchnęłam w duchu - przepełniając się oddechem - oto przestrzeń mojej wolności. Dzieło doskonałe! A tym doskonalsze, że współdzielone.


''Spójrz Simba. Cała ta ziemia opromieniona słońcem to nasze królestwo....'' 😃





Każdy zakręt, skraj i wiraż odsłaniał galopujące niebem chmury, a spod ich lekkich torsów wynurzały się wgięcia dalekich masywów.
Znów słyszeliśmy przedziwną ptasią mowę - świętą mądrość ukrytą w naturze.
Delikatność tych stworzeń w spoczynku zdumiewa. Rozpiętość ich rozpostartych skrzydeł, gdy podrywają ciała ponad ziemię i wznoszą w bezkres powietrzny - onieśmiela.
Któż bardziej od ptaków zna się na tym, jak bez żadnych punktów odniesienia, przemierzać tysiące kilometrów nad oceanami i bezbłędnie trafiać do celu swej podróży? Któż przy wdechu i wydechu żywi się świeżym powietrzem? Któż ma w sobie tyle wolności i przestrzeni?
Ludzie chodzący po górach!
Szczególnie Ci, co ptaki kochają i w ich języku gwarzą.
I my sobie pogwarzyliśmy. O tym, jak dobrze jest wędrować i radość w sobie czuć. O sprawach ludzi i sprawach aniołów. O tym, kto wysoko wzbije się podskokiem w niebo, a kto ''ptaszka zrobi''.
Zdecydowanie na immunitet w tej kategorii zasłużył Anioł Wrzosowisk, bowiem Anioł Zadumy zamiast brać udział w naszych ptasich turniejach, oddalił się z wesolutkim uśmiechem, by zadumać bardziej jeszcze. Ja zaś mizerniejszą rozpiętość ramion miałam, i choć ręce rozłożyłam do szybowania, jak prawdziwy orzeł, nie zrobiłam tak ślicznego ptaszka, jak Anioł Wrzosowisk; temu wystarczyło podkulić na linii obojczyków przeguby nadgarstków, zatrzepotać i zaświergotać radośnie, by stać się prawdziwym - jego wysokość - Królem Skrzydlatych. 😃




Poniżej ostatnich stromych uskoków ścieżki, opadającej na doliny, w cieniu jodeł i buków, wylegiwał się potężny, martwy chojar, wyzuty z ziemi wraz z widlastymi korzeniami, a w prześwicie tych korzeni pierścieniowy otwór - w sam raz nadający się do powołania dziupli. W turnieju na najfajniejszą fotkę w otworze - wszyscy ochoczo udział wzięli!

Im niżej Doliną Białej Wisełki, tym atrakcji więcej; srebrzyste Kaskady Rodła z żywą figurą Kozicy.


Wtem umilkły wszystkie ptaki, a deszcz krzyknął rozpaczliwymi uderzeniami kropel. Brzęk jego, jak spłoszone stado dzikich zwierząt kopytnych ruszające wąwozem. Krople, jak tętent ich rozjuszonych kopyt, podrywający i rozrzucający przyległe do ziemi kamienie.  Uroczyska leśne zadrżały szeptem nieskończonej udręki, w bystrzach zakotłowało się od nadmiaru wody, a zmurszałe konary, porośnięte zabliźnioną korą, osunęły się jeszcze silniej w gniazda dzikich bylin. Wtedy wiatr - nieznajomy przechodzień - otulił swym lekkim tchnieniem nasze mokre ramiona. Z oddali, przy skraju drogi, dojrzeliśmy drewnianą chatę, a pod jej okapem znaleźliśmy schronienie.
Usiedliśmy radośni, pełni deszczu i miłości do gór. Gęste strugi biły jak dzwony. Wrzask ulewy narastał...

TELESFORÓWKA

Nazajutrz rozżarzona tarcza słońca rozpromieniła Beskidy wybuchem złocistych świateł. Migoczące blaski zawisły na szyjach gonnych drzew. Wyprężone jak struny przedzierały się przez najciemniejsze gęstowia, szły brzegiem lasu, wzdłuż polan i ścieżek, dosięgały postrzępionej grzywy przydrożnych zarośli, brzemiennych w pokraśniałe owoce poziomek. Obłędny zapach dzikości i słodyczy zatracał myśli, nęcił rozigrane zmysły, rozpościerał skrzydła fantazji.
Zwabiona, rozchylałam dłońmi drobniutkie listeczki, wydzierając roślinom ich aromatyczne płody. Owoce zbliżały się ku mnie, wierzchem trącając skrwawione sokiem palce; łatwo odrywały się od szypułek, spadały darami czyjejś dłoni na moją dłoń, przelatywały śródręczem wzdłuż linii życia, by po chwili sięgnąć warg.
Odurzona porowatą fakturą poziomek, wyczuwalną na języku, zatracałam się w leśnej biesiadzie i zatracaniu temu końca by nie było, gdyby nie czas, co naglił do wyruszenia wzwyż, ku tajemniczej... Telesforówce.



Niespodzianie moi kompani zniknęli za odległym zakosem, a ja spiesząc za nimi, wpół oddechu, poczułam, jak zapach poziomek przemienia się w głęboką woń polnych ziół. Chwilę jeszcze przedzieraliśmy się przez mszyste przełazy leśne, by wkrótce ostatnią prostą wspiąć się do bram idyllicznej polany, z prawa i lewa łagodnie opuszczonej w gardziele dalekich dolin. Pokrywały ją pistacjowe okładziny łąk, nierówno czesane w samurajskie koki krzewin i esowate warkoczyki huśtanej wiatrem trawy. 


Liści zielenią zagra nam wiatr 
A śpiewność ptaków tylko prawdę powie
Choć niepojęty ten cały świat 
Choć nam nie wszystko chce zmieścić się w głowie
Spójrz drzewa takie są uśmiechnięte 
I trawa oświadcza się kwiatom 
Choć nienazwane to piękne przepięknie 
Oddają się wszystkim nie biorąc nic za to 
Drzewa coś szepcą coś ciągle śpiewają 
I pełno w ich szumie jest Twojej piękności 
Choć troszeczkę o jesieni bają 
To i tak las pełen jest naszej miłości 
Zatańcz ze mną na Polanie! 
Ot, tak po prostu!


Zalesiony Szczyt Orłowej  (Pasmo Równicy) 



Droga wiodła grzbietem dzikich łąk, wpadających znienacka w bujne przesmyki leśne. Po czasie znów wyprowadzała na rozległe polany, skąd sceneria dalekich czubiastych wzgórz, przywodziła na myśl niewyczerpalne piękno istnienia.


Gdyśmy - zmęczeni górską swawolą - przysiedli wśród zieleni chruśniaku, w zakurzonych tobołkach zaczęło chybotać i bulgotać. Podstępne umizgi zamka błyskawicznego opanowały dłonie Wrzosika, a ten - ani broniąc się, ani przecząc - zniewolonym ruchem palców przesunął suwak. Wtem z głębi manatów wyskoczył i zaatakował nas Syrop Mózgotrzep ukryty w ciemnej pieczarze piersiówki. Byliśmy tacy bezbronni, gdy cała jego - palce lizać - esencja osiadła na powierzchni naszych języków, a bukiet przypraw korzennych zanurzonych w miodzie i spirytusie rozprawiał się z naszymi kubkami smakowymi.  Anioł Zadumany z właściwym dla siebie zadumaniem łypnął krągłymi, świetlistymi oczyma i zawiesił pod wąsem perlisty zadumany uśmiech, Anioł Wrzosowisk przybrał wrzosowy odcień i poróżowiała mu wrzosowa dusza - wsparł się o moje ramię i gotów odlecieć na niebieskie ptasie polany - a ja, jak to Anioł Artysta, uczciłam swój łyk syropu minutą ciszy, by po chwili rozśpiewać cały las górską kołysanką, a dziś Wam o tym artystycznym łyczku, artystycznie opowiedzieć!


Skończyliśmy się mościć poderwaliśmy ducha ku dalszej drodze, wraz z nami poderwały się duchy wielkich drzew. Ich smagłe pnie przywarły do siebie, jak żagwie rzucone w szkielet ogniska.
I zaczęły tańczyć. Tak samo, jak te drzewa z bieszczadzkich Rawek, w których obraz - zdumiona - patrzyłam przed dwu laty.


Wreszcie w oddali wyłonił się piękny, zarośnięty do połowy czerep północnego stoku Trzech Kopców Wiślańskich. To tam zmierzaliśmy.


Tajemne są góry w swej mądrej urodzie. Fuzja barw, odgłosów, faktur wpuszcza światło wolności w stęchłą celę naszych istnień - od brzegu do brzegu wypełnioną zaświatowym wołaniem, co drży i skrzy się w przezroczach, przydymionego mgłą, zwierciadła czasu. Wskazówka wybija kurantem.  
Tyk...Tyk....   
A one łagodne i ciche, przysiadły na kolebce Ziemi, szczytami wznosząc się ku błękitom przestworzy. Już zanurzamy się w sen dostatni. Już zlizujemy z zakrzepłych kamieni ślady swoich stóp. Jelenie dawno zrzuciły swe galowe wieńce. Dmuchawce w świat porwał powiew wolności. Trzepot opasłych chrabąszczy rozedrgał korony liści. Marszowym pogwarem, przy wychowie czerwi, zaszumiały trzmiele. Brzęknięciem zawleczki rozpienione piwo złożyło zapowiedź orzeźwienia. Chcielibyśmy tu pozostać choćby chwilę dłużej. Choćby na zawsze! Jak tu pięknie! Jak szczęśliwie!
By wezwać obsługę, uderz mocno i energicznie kamieniem w patelnię.
Przed Państwem... Telesforówka!





Cicho przebrzmiewają szepty pordzewiałych zawiasów i chrzęsty wygiętego w obręcz pręta, służącego za klamkę. Ze sparciałych drzwiczek odchodzą plastry zasuszonej farby, a ściany przypominają zbitkę starych sztachet, w które tchnęło nowe życie.
Czas płynie wolniej. Prawie nic na sprzedaż.
Tak było jeszcze wtedy. Obecnie, w nowym budynku otwarł się lokal gastronomiczny. Żywię głęboką nadzieję, że nie wyprze on klimatu tego miejsca.
Telesforówka, którą pamiętam, zawsze smakować będzie pieczywem z przepysznym smalcem i chłodnym, lemoniadowym piwem.


W czasach PRL-u, na ekranach telewizyjnych, emitowana była bajka, w czołówce której, bohater, Smok Telesfor, przyjeżdżał autem, a z rury wydechowej wydobywały się kłęby dymów. Dylematy Smoka Telesfora rozwiązywane były sporą dawką humoru i wesołych piosenek. Znacie to?

Cztery słonie, zielone słonie 
Każdy kokardkę ma na ogonie
Ten pyzaty, ten smarkaty
Kochają się jak wariaty!

Któż nie chciałby oddać się dziecięcej fantazji w oldskulowej furze Smoka Telesfora - emerytowanym volkswagenie garbusie - na szczycie bajkowej góry?! Hi, hi...


Omamieni - zapierającym dech w piersi - pejzażem pomarszczonego konturu gór, padliśmy na środku łąki i wygiąwszy ciała w pałąk, spletliśmy węzeł z naszych nóg, wnosząc go hen, do nieba, z beztroskim okrzykiem:
TE - LE - SFO - RÓW - KA !!!  


Anioł Zadumany wsparł łokieć o zastygłe łany łąki, przypatrzył się pobielonym żaglom, nieśpiesznie zawijającym do portu dnia, i - jakby chciał je zatrzymać - westchnąwszy półgłosem; tęsknym i nieobecnym, tropił je długo i wytrwale. Przystanęły, usłużnie naprężając przezrocza powietrzne. Niby mgnienie - czyjąś jeszcze obecność poczułam wśród nas. Wtem źrenice przeszkliły mu się maleńkimi świetlikami promieni, a zadumana dusza wniosła się i poszybowała do niebotycznych obłoków. Bajał z nimi długo, nim do nas powrócił - lecz, gdy powrócił, to odmieniony w swej cichej zadumie. 
Na nabrzmiałym gruźle ziemi, wśród czesanych wiatrem pukli trawy, w łagodnym półśnie spoczywał Anioł Wrzosowisk. Po jego zapłonionym słońcem czole, przechadzały się delikatne wiązeczki światła, powoli osuwając się w pomrokę przymkniętych powiek. W słonecznej aureoli, zwieszonej nad jego głową, huśtał się malutki Pawik o karminowych skrzydłach, ufarbowanych tęczowymi mgławicami. A ten muskał go oddechem i z umiłowaniem stulał zaplecione w marzenia palce, rozchylając bramy wrzosowego raju. Bezgłośnie, z przejęciem, obserwowałam go w tej fantazyjnej modlitwie, wchodząc za nim po długich - długich schodach, hen, aż po bezkresne uroczyska anielskich wrzosowisk. 
Tyle w ich obecności było nienazwanego piękna. Tyle zieleni drzew i modrości nieba. Tyle dzieła zdjętego z gór... 


Idzie Anioł wśród zieleni - dobrze mu się wiedzie
Pełno drobnych ma w kieszeni i przyjaciół wszędzie
Nie masz szczęścia na tym świecie i sprawiedliwości
Anioły piją piwo trzecie - diabeł im zazdrości
Mówi diabeł; Postawcie kufla - Bóg Wam wynagrodzi
My artyści w taki upał żyć musimy w zgodzie! 
Piwa, nalejcie piwa, nalejcie piwa
Od tego piwa     się głowa kiwa 
Nalejcie piwa! 






Droga przez góry drogą do samego siebie...

Droga przez góry drogą do samego siebie...



Tej ciepłej, schyłkowej nocy sierpniowej powietrze po raz pierwszy zapachniało wolno nadchodzącą jesienią. Usiadłam w fotelu, w swym domowym zaciszu i przez otwarte na oścież okna, obserwowałam gwiaździste przestworza. Wśród jaśniejących iskier nieba, zza skłębionej chmury, przedzierał się blask księżycowy, wpadając we wnętrze utulonego półmrokiem pokoju. Żółty płomień świecy, ustawionej na stoliku, tlił się i odbijał w krągłościach kieliszka, wypełnionego do połowy czerwonym Porto. Sączyłam je wolno, uważnie przy tym przyglądając się spotkaniu światła z półmrokiem. Ciszę przerywały delikatne uderzenia klawiszy. To Benny Andersson w utworze Chess. Coraz wyraźniej czułam, jak dojmujące pragnienie wzniesienia się nad dźwięki, zapachy, tęsknoty, wzruszenia  łamie moje myśli i rozrzuca wokół przedmiotów, wypełniających domową przestrzeń.

A może właśnie nastawał czas, by wrócić do publikowania, by wszystek plon wewnętrznych deliberacji pozbierać w całość i uwolnić? 
Długo  mnie tu nie było. Wyłączyłam się z życia górskiej społeczności. Pisałam w swym uboczu. Znikłam. Czasem tak mam...
Nie znaczy to, że mniej mnie wtedy w górach, czy gór mniej we mnie - przeciwnie - im więcej mnie tam, tym większa potrzeba ciszy i alienacji. W ostatnich miesiącach niezmiennie wyjeżdżałam w różne góry.
Nie da się jednak opisać każdej podróży w głąb siebie, a nawet chyba to niezdrowo. Z czasem przychodzi pogodzenie się z niemożnością pochwycenia wszystkich srok za ogony - chciałabym jednocześnie bywać w górach i mówić o nich, jednak gdzie wtedy moment dla trwania ciszy...?
Korzystam z rarytasu czasów, w jakich przyszło żyć - z platformy blogera- dlatego tylko, że to dobry środek do wymiany energii.
Ta wymiana - jakże niezbędna - czyni naszą przestrzeń bogatszą, a nas wpisuje w człecze  szeregi, uwspólnia, uwydatnia potrzebę podróżowania przez życie, sprawia, że nie jesteśmy samotni w swej podróży.
Wymieniamy się na różne sposoby; gdy pogrążamy się w rozmowie - jakbyśmy nie widzieli się od lat, gdy przypadkowo spotkamy się na szlaku, gdy w pośpiechu, zupełnie niechcący trącamy czyjeś ramię na ulicy, gdy odpowiadamy uśmiechem na dolane przez kelnera wino, gdy zza szyb samochodowych obserwujemy ludzi, wymijających na ciągłej. Nieraz to tak wiele, a nieraz tak mało, by poczuć, że mamy tę samą ziemię pod stopami.
Moim środkiem do wymiany nastroju ze światem jest pisanie. Ono mnie uwalnia. Sprawia, że przez chwilę wychodzę poza schemat zamkniętych drzwi. A jeśli przy tym są jakieś - choćby niewielkie -  korzyści dla czytających w postaci przenikania za pomocą mojego świata w magiczny świat gór, ma to sens...

Blogowanie. Strasznie nie lubię tego słowa, jak zresztą wszystkich tych słów z namiastką nowoczesności. Tak się nieraz zastanawiam, czy istnieje jakieś wyrażenie zastępcze, którym mogłabym posługiwać się, nazywając to, co robię.  Tt, tt, tt... uderzenia w klawisze laptopa.

Śledzę losy blogerów, piszących poradniki, wskazujących drogę, opisujących przejścia, radzących, podpowiadających, co warto, czego nie, dostarczających świeżych wiadomości z gór i ze środowiska, a przede wszystkim piszących treści użyteczne dla was w górach. Są bardzo dobre. Są miłe w odbiorze. Są już odpowiednio sporządzone. Na cóż je kalkować?
Pozostaję sobą, nawet, jeśli to, o czym  piszę, zupełnie odbiega od ogólnego pojęcia blogowania o górach. Ale, czy ja aby na pewno bloguję o górach tylko?

Za pomocą setek kryptonimów i tysięcy znaków zapisuję tu jakąś część swego życia.

To taki trochę pamiętnik myśli, do którego was zaprosiłam i w którym wasza obecność sprawia mi radość, z nadzieją, że to obustronna wymiana energii w różnych jej postaciach.
Mam swoje odczuwanie, swoje przeżywanie, swe niepogodzenia i pogodzenia...małe wielkie rzeczy.
Góry miłuję ni mniej, ni bardziej, niż wszystko, co z nimi harmonizuje - są mi bliskie, niejako wpisane w me życie, są jego częścią. To niewyczerpane źródło natchnione cudowną aurą, me nieuwolnienie i niepożegnanie.
Nazywam energią wszystko, co w sposób nienamacalny, acz wyczuty dotyka od środka, a potem rozszczepia się wszędzie, dokąd prowadzi ludzka droga - najczęściej na skrzyżowania z innymi ludzkimi drogami. Upamiętniam tę własną drogę poprzez pisanie, a to, że dzielę się z wami choćby jej częścią, daje mi poczucie, że mogę coś oddawać, ale też coś zyskiwać. Raz zrzucam z siebie jakiś ciężar myśli, innym razem dzielę niepodzieloną dotąd radość z obcowania z tym, co piękne, albo z tym, co trudne.
Czasem działa to jak porządna psychoterapia.




Powoli oswajam swój amorficzny umysł z ostrokształtnym traktem miast, ze zbyt bliskim horyzontem, z wysokim piedestałem marzeń.
Czasem ze zdławionymi słowy otwieram te pozamykane na trzy zamki drzwi i odkrywam, że choć jakoś prościej przychodzi dostrzeganie piękna wysoko, gdzie pną się szczyty - zniesione stamtąd -  tutaj jest najbardziej niezbędne.  Nie to, żeby skały przestały być mym natchnieniem i nie to, żeby całe wrodzone wariactwo mnie opuściło - ja po prostu czuję, że ta miłość do gór na przełomie ostatnich lat bardzo dojrzała i to moje niedoceniane pogórze warte miłości, i wszystkie stworzenia przyrody ożywionej i nieożywionej, i ludzie i świat i szukanie w nim nieodkrytych prawd o tym, jak goić się w sobie. Jestem w nieustannej podróży - do swego wnętrza. To najpiękniejsza podróż, a na imię jej Życie.
Pamiętacie Wrzosika? Tak, to ten bieszczadzki anioł, co - na jawie - huśtał się w rozpuszczonych włosach i przysiadywał na mym ramieniu w trawach połonin, czyniąc zeń poręcze do zjeżdżania. Wrzosik przemienił się w motyla i reemigrował z opustoszałego wrzosowiska, gdzie na grzędach zakwitały całe tabuny różowoliliowych kielichów, nasączonych poranną mgłą. Pewnego razu, przyfrunął do mnie, znajomo zatrzepotał skrzydłami, usiadł na mym ramieniu i już tak pozostał. Spojrzałam ze zdumieniem na jego wielobarwne, rozpięte skrzydła i poczułam, że to piękne dziwło wzrusza me pragnienie wzbicia się w przestrzeń, że otwiera moje oczy na cuda najdrobniejszych, prostych rzeczy, że jak w utworze Lou Reed...... Oh, it's such a perfect day!
Zetlałe marzenia rozbudziły się, oddech stał się taki głęboki i wiatr, czeszący grzywy górskie wybrzmiał cichą kantyleną, a ja poczułam, że odtąd góry już nigdy nie będą te same. Będą pięknieć z każdym dniem. Będą trwać, nawet, gdy ja przeminę, gdy przeminie me życie. Na mym ramieniu siedzi piękny motyl. Chciałabym ocalić go od przemijania. Niech by przez wieczność fruwał nad górami, niech by spijał ich piękno i odpoczywał wśród zieleni. A może właśnie słowo pisane jest ocalające od przemijania? Może doczesność to tylko lęk...?


Gdy niedawno wróciłam z mych kochanych gór, na wszystko wokół spojrzałam inaczej, obraz nizin wydał się mniej przytłaczający, schematy dnia trochę zrozumialsze.
Patrząc na garby, smagane letnim słońcem, zaczęłam zastanawiać się, dlaczego właśnie wśród nich potrafiłam znaleźć swą tożsamość, dlaczego dawno temu przestałam poszukiwać jej w dolinnej powszechności, co sprawiło, że uczyniłam je swoim przytuliskiem.
Wspomniałam chwile, w których czułam się jak pękająca kariatyda, niemogąca dźwignąć wiszącej nad sobą kondygnacji.
Wyznaję, że mogłam wieść jałowe życie, a zdecydowałam, że chcę wiedzieć, jak jest żyć naprawdę. Z kariatydy uroczyście przeobraziłam się w wojowniczkę i to wydarło mnie ze szpon topornych konstrukcji. Odtąd oddychałam głębiej i żyłam pełniej. Tylko czasem smutniałam - jak smutnieje człowiek zamknięty w czeluściach swego własnego umysłu, do którego nie dochodzi światło dnia. Ja nazywam ten stan jesienią duszy.

Są momenty, których nie zapomina się nigdy. To smak pieczonych na piecu kaflowym ziemniaków, to beztroski śmiech dziewczynki, biegnącej za poderwanymi do lotu ptakami, to zaglądanie ludziom głęboko w oczy, to echo babcinego śpiewu, to blask żarzącego się ognia, to długie godziny przemówione z każdym, kto choć trochę bliski, to czyjaś bezsensowna śmierć, to rozkwitająca miłość do sztuki, to obserwowanie zła wydarzającego się w świecie, i próby przechwycenia życia w swe własne ręce.

Gdyśmy powici, pragniemy co prędzej być dorosłymi. Gdybyśmy już dorośli, widzimy, jak mało czasu mieliśmy na naszą młodość.
To niewyklute dzieciństwo, zmieniające się w przerażającym tempie w dorosłość, to zaznanie błędów, udręk, porażek i łez, to doświadczanie wzlotów, sukcesów i marginalnych radości, wreszcie; to też pierwsza podróż w nieznane, pierwsze odkrycie gór i esencji natury. (Czy moja dusza się starzeje?)
Są też momenty, jak ten, gdy człowiek odkrywa swoje własne przebudzenie. I nie budzi się dlatego, że tak w książce podpowiedział Anthony de Mello, ani dlatego, że przez długie lata przygotowywało go do tego otoczenie, ani dlatego, że sam zamierzałby kiedykolwiek się zbudzić.
Przebudzenie przyszło nieoczekiwanie. Stanęło przede mną, jak odpowiedź na pytanie, które zadawałam sobie przez te wszystkie lata włóczęgi: Dlaczego góry? Przyszło w tępym uderzeniu ciszy. Nie mogłam jej znieść. Teraz wiem, że i cisza wydarza się po coś.




Zeszłam z gór, rozejrzałam się dokoła i zachwyciłam, ujrzawszy łany zbóż, wyścielone chabrami, ptaki wzbijające się nad grzbiety wież, wiejskie zabudowy i opłotki, ludzi idących uliczkami miast i tych zatrzymanych w pół kroku. Potem przyszedł wiatr. 

To był widok spokojnej Polski w niespokojnych czasach, Polski nie potrafiącej ochronić naszego poczucia wartości, kraju i życia zdominowanego przez niewłaściwych ludzi na niewłaściwych miejscach, ról poprzydzielanych zbyt pochopnie, wyborów za prędkich, powiązań nie takich, i rozwiązań za trudnych. Ale przecież codzienność zbudowana jest z naszych własnych prawd i jesteśmy tyle warci, ile sami dajemy. Gorzej, gdy darowane nie znajduje przyjęcia. Gorzej, gdy przychodzi nam żyć szablonowo a wszystko, co w nas najlepsze, nie jest znikąd oczekiwane. 

Wtedy, po zejściu w doliny, po raz pierwszy zrozumiałam - tak naprawdę- , dlaczego ukochałam góry. W nich dajemy z siebie dużo. One to przyjmują. Może dlatego, że nie mają gęby, by wygęgać: A idźcie sobie w...! A  może dlatego, że taka jest ich natura.  W nich zawsze jesteśmy coś warci. 


Jesteśmy tam czymś więcej, niż pionkiem w grze, koniem trojańskim, hetką-pętelką. Decydujemy i to jest nasze. Gdy chcemy wejść na szczyt, musimy podjąć trud drogi. Każdy wykonany krok przeciąża szalę w stronę życia lub śmierci. Każdy dotyk szczytu otwiera oczy na drogę w dół, którą przebyć musimy w skupieniu i uwadze, tak, by nie runąć martwym w dno doliny. W górach odkrywamy, że żyjemy naprawdę. Mamy szansę przyjrzeć się samemu sobie. Możemy spotkać się z ciszą,  nieuchwytną w dolinach, zawojowanych technologicznym hałasem. Możemy przez chwilę nie odczuć tego, co wypada. Możemy odczuć, kim naprawdę jesteśmy. 

W górach wychodzimy na spotkanie z pięknem cierpienia. Każda droga pod górę jest przecież mniejszym lub większym cierpieniem - nieistotne, czy się wspinamy, czy wędrujemy, czy obserwujemy wielkie czoło lawiny, czy pieczemy się w skwarze słonecznym. 
Góry, choć pod górę wiodą - co wytrwalszym wynagradzają pięknem roztaczających się widoków i mądrym spojrzeniem na rolę cierpienia, a może właściwie góry oswajają z cierpieniem. Może dlatego schodzimy z nich coraz to spokojniejsi, coraz to lepiej przygotowani na to, co na dole? 


W górach nie boję się życia. Tam boję się tylko śmierci. Wybrałam drogę przez góry, bo ona uczy, doświadcza i zmienia. Ta droga sensu nabiera dopiero, gdy odkrywamy, że nie wiedzie na szczyty ani po laury, a jest drogą do wnętrza samego siebie. 
Przekonałam się, że poprzez jakiś naturalny instynkt, w obliczu trudu ciszy i skrajnej samotności, można wyczuć swoje własne anioły i demony. Żeby rozpoznać światło, wpierw trzeba ujrzeć mrok. 
Dopiero po przekroczeniu tej bariery zaczyna się wspinanie. Dopiero tam - po tej drugiej stronie nas samych - kończy się próba samoakceptacji i udowadniania sobie wartości życia, a zaczyna się prawdziwa radość z tego, gdzie jesteśmy, co robimy i w jaki sposób nas to wzbogaca. 
Najpiękniej wspina się umysł. 

Wyrwanie się z transcendentnej aury gór jest o tyle trudne, że ów zlepek martwych głazów - tak najzwyczajniej w świecie - działa jak magnes na emocje, przemyślenia, doświadczenia. Tak przynajmniej wydaje się na początku. Na przestrzeni czasu jednak te konfiguracje zmieniają się; nabierają innych kształtów i znaczeń. 
Góry przestają być intencją samą w sobie, nie są więc już naszych ubogim wyobrażeniem o niewidzialnej sile skał, a drogą do odkrycia własnej siły ducha. 
Myślę, że one są doskonałą metaforą życia, a najciekawszą z gór do odkrycia jesteśmy my sami. 

Czy to nie jest trochę tak, że drogę przez góry wybierają ci, co skrycie pragną poznać samych siebie? 
Ci, co duchem wyalienowani z tego świata w krainę ukojenia, poszukują własnych śladów na wydeptanych traktach dolin? 




Czy też doświadczyliście, że w górach odmienia się stan waszego ducha? Że poprzez tę nieustanną wędrówkę śladami swych marzeń, dochodzicie wreszcie do czegoś więcej, niż marzenia? Że ta zmiana prowadzi do głębszego znaczenia w waszym życiu? 
Czy droga, którą podążacie, zaprowadziła was już do odpowiedzi, których poszukujecie? 
Czy może wciąż ''idziecie w toń za perłą o cudu urodzie, ażeby zostały po was jedynie ślady na piasku i kręgi na wodzie'' ? 

Chociaż mam wrażenie, że przez wielkie pragnienie dotykam sedna swej wędrówki, że ta kiedyś na wpół przytomnie wydumana mania górska została przebudzona, wiem, że jestem wciąż u początku drogi, która coraz bardziej mnie zastanawia, urzeka, przejmuje, która jest nieustannym odkrywaniem i choć czasem zbliża do smutnych prawd, innym razem tak bardzo oddala od egzystencjalnej śmierci. To moja droga przez góry do samej siebie. Warto nią iść. (Schopenhauer tym razem nie byłby ze mnie dumny.)

Przeczucie wystrzału wewnętrznych rozterek towarzyszy mi od dawna. A Chess - Anderssona właśnie zamilkł. Czas na Glena Goulda, genialnego wirtuoza klawiszy, szalenie dobrego interpretatora Bacha.

I płomień świecy z jednej strony trochę się obkurczył, z drugiej wzdął. Chyba czas wymienić wosk.
Tej ciepłej nocy sierpniowej siedzę za szklanym parawanem domkniętego już okna, gapiąc się w oczy międzyplanetarnej przestrzeni i zastanawiam się, jakby to było, gdybym teraz zamiast tu, była tam - na szczycie potężnej, wysokiej, skalistej góry.


Byłby późny październik lub wczesny listopad. Rozsunęłabym płachtę biwakową, wypełzłabym z szmacianego kokonu i popijała gorącą herbatę z domieszką wiśniówki. Niżej rozścielałyby się czeredy szumiących drzew. Na mym ramieniu siedziałby kolorowy motyl, pachnący wrzosowiskiem.  Ze szczęściem podniosłabym wzrok na dookolny pejzaż, upatrując, ile pięknych dróg jeszcze do przebycia. Nad głową paliłoby się całe lęgowisko gwiazd, a niebieski nadolbrzym w Pasie Oriona, imieniem Alnilam, już w całej swej okazałości górowałby nad rozległym horyzontem.
Oglądałabym z wysoka złote arterie nocnych miast, okalających lesiste wzniesienia u podstawy gór. Wszystko byłoby takie proste. Każdy oddech taki lekki. Ciszkiem niesiony świst jesiennego wiatru. 

Wszystko byłoby jak zawsze przy biwakach. Tylko Bacha nie słyszałabym tak wyraźnie. Tylko płomień świecy nie przykurczałby się na knocie. Tylko nie mogłabym o tym napisać.




Obraz 2 ; Mnich z ogarkiem świecy

Obraz 2 ; Mnich z ogarkiem świecy





Mnich z ogarkiem świecy mojego autorstwa. 

Inspiracją była twórczość M. Lewandowskiego. Nie ukrywam także wielkiej fascynacji Beksińskim. Twórczość tychże artystów jest mi najbliższą. Jeden z czytelników zainspirował mnie do podjęcia się kolejny raz własnej interpretacji w tej tematyce. Jak podoba Wam się efekt końcowy? 
(przepraszam za słabą jakość zdjęć, obraz dużo przez to traci w podglądzie, zatem wrzucam trzy - w różnym świetle) 









Suplikacja Nagiej Góry, pamięci  T.

Suplikacja Nagiej Góry, pamięci T.


W pobielonych gór mamidła
cisza składa siwe skrzydła
wzniosłą jutrznią wśród świtania 
złotość się pąsowi kłania
- Tobie śpiewa żywioł wszelki
bądź pochwalon Boże Wielki -
wiatr bezgłośnie krzyk kołysze
w głuchej głuszy tętent słyszę
łez upadłych na twą szyję
w której chętne życie wyje

tylko cisza składa skrzydła
w pobielonych gór mamidła

już bezgłośnie echo warczy
szyję pnąc do słońca tarczy
wcałowana w całun lina
ciszkiem w sopel ciało wżyna  

daj czasowi czas by minął
wpierw minutą i godziną
potem zrywem wiatru drżenia
aż do zmierzchu rozgrzeszenia
niech od gwiazdy stal sierpiska
nocą szkli się, tryska, błyska
tętnią dzwony - skowyt niesie
mróz palący po bezkresie -

- Suplikacja.     Żegnam Ciebie. 
Niech Ci czekan służy w niebie.


                          Pamięci T.
            J, Skazana na gór dożywocie


Górski outsider, zdobywca Nagiej Góry. 
Poszukiwał własnych ścieżek, miał odwagę wbrew wszystkiemu podążać za głosem swego serca. Był refleksyjnym, prostolinijnym człowiekiem. Przeszedł wiele krętych dróg życia., lecz wypełniała go niesamowita energia, aura, otwartość, której mogliśmy doświadczać. 
Żył w głębokim przekonaniu bliskiej więzi z górami, w których, jak sam mówił, był bliżej Boga z obawy przed śmiercią, bólem, cierpieniem. Udowodnił, że można pokonać wszelkie przeciwności losu, odbić się z samego dna i sięgnąć szczytu. On sięgnął ośmiotysięcznego. 
Kochał ludzi. Kochał miejsca. Potrafił okazywać niezwykłą wdzięczność nawet za najdrobniejszy gest, za najprostszy uśmiech. Do końca pozostał sobą. Odszedł w miejscu, które kochał. 

Dziękuję Ci za wszystko; za dobro, za szacunek, za altruizm, za zawsze dobre życzenia, za to, że nigdy w rozmowie z Tobą nie odczułam, że jesteś kimś więcej - zawsze byłeś ''po prostu Tomkiem'', który w trudnym momencie mi pomógł i okazał wiele dobrej energii, mimo, że jeszcze nie znaliśmy się na tyle dobrze. Nigdy Ci tego nie zapomnę.

Czapa, do zobaczenia. 



Gdy nie ma mnie w górach, sięgam po pióro... lub pędzel... Obraz 1

Gdy nie ma mnie w górach, sięgam po pióro... lub pędzel... Obraz 1

''Czas przystanął na świata poboczu, niemoce, lament
Bo wciąż ludzie nikną mu z oczu. Amen
I już po nas cienie bez cienia w historii pochodzie
Co palcem spisuje wspomnienia na wodzie...''
(Krzysztof Cezary.Buszman).




Malowanie - choć różni się środkami i formą od literatury - dotyka mnie bliskim przeczuciem tego, co doświadczalne, gdy pochylam się nad pisaniem tekstów. Każde szarpnięcie pędzla - jak szarpnięcie pióra - to wytrysk emocji, uwolnienie napięcia, nieustanne oczekiwanie, zaznanie strachu i jednoczesnego ukojenia. To wieczne nieodgadnienie, niepogodzenie, nienazwanie. 
To żar przenikający ciemne i świetlne otchłanie wnętrza, to poszukiwanie światła w mroku i mroku w świetle. To przyoblekanie w kształty transcendentności ducha. 

Malowanie jak również pisanie pozwala mi na nizinach przeżywać to wszystko, czego poszukuję wysoko, w górach... 

Tworząc powyższy obraz, kluczyłam wśród inspiracji bliskich mi artystów, przemycając w to własną wizję i wrażliwość, jednak przede wszystkim zapragnęłam dotknąć pędzlem bytu ludzkiego, który - choć dla każdego z nas inny - zaplata się przez ten sam bezmiar przestrzeni, woli życia i upływu czasu...

Co czujecie? 
Jakie w Was wzbudza refleksje? 
Jestem bardzo ciekawa, czy moje i Wasze odczuwanie nazwać można... współodczuwaniem. 


*Inspirowane genialnym (jednym z moich ulubionych artystów) p. M. Lewandowskim, którego wszystkie dzieła znam na pamięć i często rozkoszuję nimi oczy (polecam jego twórczość). Nie jest to kopia, a wyłącznie inspiracja, posłużyłam się inną kolorystyką i wprowadziłam w temat własną wizję. 


O tym, jak przespałam się w szopie dla bydła alpejskiego... czyli trudne decyzje pod Großvenedigerem

O tym, jak przespałam się w szopie dla bydła alpejskiego... czyli trudne decyzje pod Großvenedigerem

Kilka tygodni temu nastał długo wyczekiwany moment powrotu do pełnej aktywności górskiej. Znów z właściwą sobie częstotliwością bywam w różnych pasmach, bliskich mojemu sercu.
Niedawno wybrałam się na polanę Łapszanka i pewien magiczny punkt widokowy na Tatry, leżący nieopodal. Obserwowaliśmy tam z dwójką znajomych fotografów wschód słońca.
Niedługo potem odwiedziłam schronisko na Kudłaczach w Beskidzie Makowskim, gdzie swój pobyt potraktowałam jako aklimatyzację przed pełnym powrotem do nadchodzącej harówki górskiej. Ostatnio byłam też w Beskidzie Żywieckim, który naładował mnie potrzebną energią.
Wreszcie dodam, że bywam znów w ukochanych Tatrach, a jakiś czas temu ruszyłam tam na kilkudniowy zimowy reset, podczas którego towarzyszyło mi mnóstwo ważnych dla mnie osób, wśród nich byli też moi przyjaciele oraz wszyscy Ci, na których obecności w górach szczególnie mi zależy. Swój powrót świętowałam uroczyście, jak przystało na świętowanie takich powrotów.
Był to czas refleksji, zadumy, ale też obfitujący w wspaniałe wspomnienia czas pożegnania starego roku, który nie był rokiem mi przyjaznym i rozpoczęcie nowego - jak sobie wszyscy obiecaliśmy - lepszego. Ogromnie chciałabym się z Wami podzielić pięknymi wspomnieniami z tego ważnego dla mnie momentu i przywołać uczucie halnego wiatru we włosach, widok na rozgwieżdżone niebo czy pełnię księżyca nad sercem Tatr. Chciałabym - ale nie mogę. Ten czas bowiem jest zbyt ważny i osobisty dla mnie. Żarliwie przeżyłam swój powrót; wiele łez się polało, ogrom radości wytrysnął.
Chcę tylko potwierdzić - wróciłam! Jestem znów w miejscu, które kocham - w górach.


Ledwie nastała połowa stycznia, a w głowie zakotłowało się od najróżniejszych pomysłów na przejścia i prawdopodobnie wylądowałabym ostatecznie na którejś z cudnych tatrzańskich dróg WKT, gdyby nie to, że w ciągu pięciu minut zrodził się plan zimowego wejścia na alpejski Grossvenediger

 

Spakowałam graty w ulubiony, zielony plecak, który już swoje w górach przeszedł a do kieszeni bocznej wrzuciłam wojskową rację żywnościową, na którą jakiś czas temu się przerzuciłam, planując swoje biwaki, ponieważ jej zastosowanie w górach sprawdza się dla mojego organizmu lepiej, jak jazda  na samych liofach; potrzebuję przemycać dużo energii w posiłkach, żeby sprawniej funkcjonować, jednak czasem idzie mi to opornie, zważywszy na moje naturalne przystosowanie do niewielkiej ilości łykanego pożywienia, często niskokalorycznego. Tym razem zdecydowałam się nad tym popracować.
Dopięłam wszystkie sprawy organizacyjne z kompanami wyprawy. Ruszyliśmy w czteroosobowym zespole.


Wedle wszelkich prognoz, na dni, w których planowaliśmy działanie w obrębie Grossvenedigera, przypadała istna lampa. Jedyne, co nas trochę martwiło to warunki, które mogą tam panować po sowitych opadach śniegu, jakie wystąpiły zaledwie kilka dni wcześniej, przynosząc większości pasm alpejskich 5 lawinową, czyli kataklizm. Wiele miejscowości, położonych u podnóża Alp odciętych zostało od świata. Całe szczęście region, do którego my przybyliśmy nie wyglądał tak groźnie.
5 lawinowa wprawdzie - wedle informacji, jakie pozyskaliśmy -  zeszła już do niskich stopni, oscylujących na granicy 2, co umożliwiało podjęcie próby wejścia na szczyt, jednak wymarsz w takich warunkach zimą w Alpy tak, czy siak budził niepokój niedotarcia tam, z czym od początku się liczyliśmy.
Do plecaków dopięliśmy rakiety śnieżne z KW, które miały nam ułatwić przebijanie się przez kołduny zasp, a  jak się potem okazało, bez nich nie ruszylibyśmy nawet przez zalesioną dolinę, która tonęła w śniegu.

Podczas wielogodzinnej podróży samochodem kierowała Ewka. Spędziła sporo godzin za kółkiem. Aro był jej zmiennikiem, jednak z jakiś względów (które ja przespałam) - na krótko - dalej znów prowadziła Ewka. 
Dotarliśmy nad ranem do pięknie położonej, malowniczej wioski u podnóża Wysokich Taurów. Tam też zostawiliśmy auto, obawiając się, że przy tych warunkach śniegowych podjechanie gdziekolwiek wyżej mogłoby skończyć się uwięzieniem w lodowej pułapce. W wyniku tej decyzji, dalszą trasę przemierzyliśmy na piechotę, robiąc tym samym dość przyjemną rozgrzewkę przed ruszeniem wyżej.
Alpy w sezonie zimowym nie pobudzają miejscowych do chęci działania, poruszają się tam wtedy głównie skiturowcy. Sezon turystyki wysokogórskiej jest martwy, a przynajmniej martwym był w rejonach, w które wyszliśmy.

W górach tego dnia panowała niezwykła cisza. Nie było śladów pieszych przejść. Czekało nas przecieranie. Nad strzeliście piętrzącymi się szczytami górowała oślepiająca tarcza słoneczna, a pod nogami chrzęściła gruba warstwa śniegu. Gdy tylko dotarliśmy w obręb lasu, a ja weszłam na ochotnika pierwsza w zalegający tam śnieg, okazało się, że trzeba założyć rakiety śnieżne. Nie było mowy o tym, żebyśmy zdołali przejść choćby 100 metrów w samych butach wysokogórskich. Śnieg się zapadał, a jego konsystencja uniemożliwiała normalne poruszanie się. Po dopięciu rakiet na pierwszy test wyszedł Patryk, a, że zabawa ewidentnie mu się spodobała, i ja ruszyłam za nim, by już po kilku krokach odwrócić się do reszty naszego zespołu z radosnym komunikatem: ''Rakiety dają radę!''
Ruszyłam żwawo przed siebie, wyprzedzając Patryka. Ewka z Arem zostali w tyle, gdyż ich rakiety okazały się być gorszej jakości pod względem zaczepów, które kilka razy się rozpięły w trakcie marszu.

Nastroje już od samego dołu były bardzo zróżnicowane. Ja, ku wielkiej uciesze, osiągnęłam równowagę ducha i z frajdą pięłam się między drzewami, Patryk kluczył w zadumie, co jakiś czas kwitując piękno otoczenia wymownym uśmiechem, Ewka była nieco zgaszona - jak na Ewkę -, gdyż długa podróż dała jej mocno popalić, a Aro, jak to Aro - naprzemiennie poważny i obiektywny, panował nad wszystkim i zamykał nasz pochód.

Już na pierwszych zawijasach dało się odczuć różnicę między rodzajem założonych rakiet. Arek i Ewka poruszali się w rakietach o wiązaniu na nylonowe paski, blokowane plastikowymi klamrami, których wadą okazuje się być nieścisłe trzymanie buta. Mi i Patrykowi wchodziło się znacznie lepiej, gdyż mieliśmy rakiety z lepszym rodzajem wiązania, które wykorzystuje się np. w snowboardzie. Dzięki temu but był mocno osadzony i stabilny.
(Ta uwaga może posłużyć Wam, gdy będziecie planowali zakup rakiet; zawsze zwracajcie uwagę na rodzaj wiązania! )

Szybko nabieraliśmy wysokości, gdyż podejście niemalże w całej swej rozciągłości kluczyło zakosami; wpierw między strzelistymi drzewami, otulonymi białością śniegu, potem, powyżej piętra lasu, po dużych, śnieżnych polach, pnących się chwilę w równomiernym nastromieniu ku górze.
Najwięcej skupienia wymagało trawersowanie lawinisk, których po drodze obserwować można było dziesiątki, z czego kilka mniejszych i jedno duże przecinały bezpośrednio naszą drogę dojściową. Widok na zimowe Alpy z tej perspektywy wzbudzał respekt, jednak fascynacja tą niewątpliwą siłą żywiołów okazywała się silniejsza. W głowie wciąż buzowało niecierpliwe oczekiwanie na moment, w którym wreszcie przed oczyma, z dalekiej dali, wśród innych szczytów,  ukaże się dostojny Pan Grossvenediger.


Po zrobieniu kilku kilometrów, oceniliśmy z Arem, że rzeczywisty stopień zagrożenia lawinowego nie jest jednak tożsamy ze stopniem, który orientacyjnie podany był w prognozach dla tego regionu. Jako, że zatrzymywanie się w lawiniastym terenie, wystawionym na operowanie słońca, nie było dobrym pomysłem, postojów nie robiłam wcale. Postanowiłam iść przed siebie i odpocząć dopiero po osiągnięciu pierwszego punktu, jaki sobie założyłam przy wejściu. Stosowałam świadomą taktykę, którą nazywam ''A - B, B - C''.  Nie odczuwałam nawet najmniejszego zmęczenia, przez co chciałam pociągnąć swą dobrą passę jak najdłużej, gdyż zatrzymywanie się nie wpływa korzystnie na mój organizm. Działa on tak, że potrzebuje stałych bodźców, których dostarcza mu systematyczne pokonywanie drogi. Wówczas ja czuję się komfortowo psychicznie, wiedząc, że stała aktywność z każdą chwilą przybliża mnie do osiągnięcia celu, którym wedle moich założeń na początek bywa punkt ''A''. Gdybym wyłączyła się na dłużej z aktywności swojego ciała, moja psychika automatycznie zaczęłaby się buntować, przez co traciłabym zacięcie i z czasem przestałabym wymagać od siebie.
W górach ważne jest, by umieć to działanie swojego organizmu rozpoznać i partnerować nie tylko ludziom, którzy uczestniczą w wyjściu, ale przede wszystkim sobie samemu; swojemu ciału i swojej głowie.


Wobec powyższego, przed progiem samoczynnie rozdzieliliśmy się na dwie dwójki; ja z Arkiem nadal wchodziłam w górę, a Patryk wziął pod swoje skrzydła Ewę, pozostając z nią w dole, ponieważ ona potrzebowała więcej odpoczynku.


Zaczęliśmy podejście pod próg, otulony ogromną ilością śniegu, zwieńczony na swym szczycie dużym, topornym Krzyżem. Tutaj zmieniliśmy się rolami i za radą Arka ja ruszyłam pierwsza, gdyż dzięki lepszej jakości rakietom, które wciąż ściśle trzymały but, mogłam w bezpieczniejszy sposób założyć ślady i przetrzeć trochę trawersem newralgicznie wyglądający w tym słońcu, stromy próg. Aro zaalarmował, żebym się pospieszyła, gdyż śnieg wiszący nad nami nie podoba mu się i jest możliwe, że przy obciążeniu, mógłby się osunąć. Arek to doświadczony alpinista. Ufam mu i zawsze  polegam na jego uwagach.
Po przejściu trawersiku, stanęliśmy wprost pod dużym kopcem śniegu, zastanawiając się, czy powinniśmy przejść go bokiem, czy się nań wdrapać.
Aro postanowił zbadać temat i poruszając się zygzakiem, wchodził ku górze. Po chwili zniknął mi z oczu. Nie dawał znać, jak tam jest, a wokół znów zapanowała bezgraniczna cisza. Odwróciłam się kontrolnie do tyłu, żeby zobaczyć, czy w dole, na horyzoncie nie pojawili się już Patryk z Ewką, jednak wciąż nie nadchodzili, a Aro, jak przepadł, tak przepadł. Słońce coraz mocniej konfrontowało się z śniegiem, a ten ujechał mi pół metra spod nóg.
Nie miałam ochoty dłużej czekać i zastanawiać się, co też takiego jest za śnieżnym kopcem, więc ruszyłam tym samym zakosem, co Aro, wprost przed siebie, na szczytowy punkt progu. Rzucając na boki badawcze spojrzenia, sprawdzałam czy nie wyjeżdżają kolejne porcje śniegu i wizualizowałam sobie, jak długi czekałby mnie lot w dół, gdyby tak śnieg zechciał jednak wyjechać. Wreszcie po kilku ostatnich, płynniejszych ruchach, wdrapałam się na śnieżną kopułę, zwieńczoną topornym Krzyżem, skąd moim oczom ukazał się zachwycający widok na bezkresną przestrzeń między dookolnymi szczytami. Przyspieszyłam tempa i dogoniłam Ara, który maszerował wąskim, wypłaszczonym terenem przed siebie. Snuliśmy się dalej, podziwiając fenomen otoczenia.


Niebawem z oddali ujrzałam piękny, kopulasty szczyt Grossvenedigera, pod który doprowadza pole lodowca, okrytego potężną połacią śniegu. Obraz ten błyszczał pod dotykiem słonecznych promieni, jak nabrzmiały, wygięty w łuk brzuch olbrzyma, okryty srebrzystym welonem. Raz jawił się dostojnie, innym razem przyjaźnie.
Krajobraz płynął, czas przyspieszał, puls rytmicznie poruszał skronią. Czułam tryumf ducha. 
W górach liczy się coś więcej, niż stanięcie na szczycie, choć to niewątpliwie ważne doznanie, składające się na poczucie sukcesu. Samo ujrzenie szczytu jest mą osobistą alegorią nadziei. Ta wypiętrzona postać zwiastuje nienazwane, nie zawsze dostępne, jednak - póki tli się życie - wciąż osiągalne. To droga do samego siebie.

Nieprzerwanie maszerując w rakietach, mijałam zakręty, które wytyczały naturalnie powstałe formacje śnieżne, a za którymi wciąż nie było widać miejsca naszej bazy. Wreszcie, po kilku godzinach przecierania, na horyzoncie pojawił się zamknięty na cztery spusty schron, utopiony w wysokich zaspach. Zaraz po mnie, ślad w ślad, na miejsce dotarł Aro. Patryk z Ewką wprawdzie byli jeszcze kawał drogi za nami, ale chwilę wcześniej zlokalizowaliśmy ich mrówcze cienie, podchodzące naszym tropem.
Szanse na ruszenie wyżej z każdą chwilą malały, gdyż przewidzieliśmy, że Ewa powinna wreszcie odpocząć, a jej organizm musi się zregenerować. Nie martwiło mnie to, gdyż w głowie zdążyłam już ułożyć plan awaryjny, który przewidywał wykopanie jamy śnieżnej w miejscu, w którym spoczęliśmy i przekoczowanie tu do nocy, potem jej przespanie, a następnie, skoro świt, ruszenie w dalszą drogę.


Z widokiem na Grossvenediger

Wyjęłam z plecaka część racji żywnościowej, posiliłam się chrupkim, wysokokalorycznym pieczywem, wysokokalorycznym smarowidłem mięsnym i popiłam wodą z wytopionego śniegu. Aro w tym czasie krzątał się wokół pozamykanego na cztery spusty schronu, by upewnić się, czy istnieje sposób na wejście do środka. Niebawem, ku naszej uciesze, dotarł Patryk, a zaraz za nim Ewka. Patryk uświadomił nam, że musimy przemyśleć decyzję o dalszym wchodzeniu tego dnia, gdyż Ewa nie  czuje się dobrze. Po drodze wspomagał ją żelami energetycznymi i wszystkim, co tylko posiadał w swoim awaryjnym wyposażeniu, jednak możliwości organizmu czasem w górach bywają nie do podrasowania. Każdy z nas miewał nieraz w górach chwile słabości, które nie pozwalały na szybką regenerację, więc nauczeni tym doświadczeniem, postanowiliśmy dać sobie czas na przemyślenie dalszego planu.
Ewka przysiadła obok nas na śniegu, jej porcelanowa twarzyczka straciła charakterystyczne rumieńce i dopiero po dłuższej chwili na nowo je odzyskała. Długo milczała, a milczenie to było niepokojące.

Decyzja była bardzo trudna, gdyż w tym dniu mieliśmy szansę na maksymalne wykorzystanie rewelacyjnego okna pogodowego, z drugiej strony najistotniejszym elementem wyprawy jest bezpieczeństwo i przyjemność ze wspólnego trudu, jaki wkłada się w wejście na szczyt.
Najrozsądniejszym rozwiązaniem było przeczekanie najbliższej nocy na biwaku i skoro świt ruszenie dalej.


Wreszcie nastał ten moment, kiedy powiedzieliśmy sobie ''stop''. Po naradach, podczas których topiliśmy śnieg na palniczku, gotowaliśmy herbatę i posilaliśmy się, decyzja została podjęta; czeka nas kiblowanko w górach.

Schron w martwym sezonie zimowym jest zamknięty na cztery spusty, więc w najlepszym wypadku jakimś cudem uda nam się przekopać przez zaspy, odryglować wejście i przespać za progiem, a w najgorszym wypadku skończymy w jamie śnieżnej zawinięci w kokony z folii nrc.
- Będzie super! - Ucieszyłam się na samą myśl o niespodziewanym biwaku. Inni najwidoczniej nie współodczuwali mego optymizmu, gdyż temat kopania jamy śnieżnej pozostał tematem tabu. Panowie obeszli cały przytułek dokoła, posprawdzali wszystkie możliwości dostania się do wewnątrz i gdy okazało się, że naprawdę, ale to naprawdę nie jest to możliwe, ogłosili, że trzeba się cofnąć, zejść nieco niżej, gdzie po dwudziestu minutach marszu powinniśmy napotkać mijaną wcześniej małą szopę dla bydła.
- Cudownie! - Eksplodowałam z radości! - Prześpię się szopie dla bydła alpejskiego! Cudownie!
- O ile uda nam się do niej włamać. - Parsknął Aro.
- No tak. - Ochłonęłam.

Patryk z Arkiem zwinnie podnieśli tyłki ze śniegu, nałożyli rakiety na buty i nie dając za wygraną, postanowili prędko schodzić w dół, żeby zdążyć przed zmierzchem dokonać chuligańskiego włamania do szopy.
My z Ewką w tym czasie wciąż pozostawałyśmy w górze, delektując się obłędnymi widokami na opromienionego słońcem Grossvenedigera, który uśmiechał się do nas zalotnie, mrugał swymi srebrnymi ślepkami i zachęcał do romantycznych wzruszeń. No - może niekoniecznie Ewkę, która zazwyczaj w górach widzi ''jedno wielkie szare gówno'', - ale mnie, widującą różowe chmurki, filuterne duszki i inne zjawy, owszem.
Brakowało mi tylko muzyki Leonarda Cohena; Takie this waltz, a zaczęłabym tańczyć, wirować, świrować na tym bezkresnym, alpejskim pustkowiu - jak szalona, jak szalona.
Gdy wreszcie wszystkie szczęścia tego świata mnie opuściły i zubożałam w swej egzaltacji, zaczęłyśmy schodzić do szopy, zastanawiając się, czy niecna akcja ''Włam się przyzwoicie'' odniosła sukces.
Po spokojnym, dwudziestominutowym spacerze dotarłyśmy pod znajomą górkę, okrytą szerokimi zaspami, zza których ukazała się szopa, a przed nią, tryumfalnie przechadzający się Aro z Patrykiem.

- Udało im się włamać? Czy Ty widzisz to, co ja? Niemożliwe! Będziemy spać w szopie dla bydła! -Wykrzykiwałam biednej, zdruzgotanej moim zachowaniem Ewce. Pognałyśmy tam w podskokach, zapadając się po drodze w głębokie zaspy.

Wewnątrz szopy, na jej tyle, zastałyśmy maleńkie, drewniane pomieszczenie, przypominające roboczy schowek, w którym znaleźć można było ogromną stertę długich belek, zieloną konewkę z gwoździami, kilka lin zawieszonych na ścianie i wielgaśny, toporny kilof. Oto wyposażenie naszego hotelu pod gwiazdami. Nic - a jakże dosyć!
Panowie na przęśle płotu znaleźli dwa styropiany, lecz całą radość zepsuł skobel, przypominający ucho, które stanowiło wybrzuszenie całości i uniemożliwiało płaskie położenie styropianów. Arek próbował wybić skobel, lecz nie udało się, zatem wpierw podważył czekanem a potem znalezionym łomem i skobel wyleciał w powietrze wraz z jednym szczeblem. Potem całe przęsło ułożyli na konstrukcji z belek, zbitych gwoździami, wspierając z obu stron jego końce o ustawione do siebie równolegle w odległości półtora metra inne szerokie, drewniane bele. Wierzchnią część tak przygotowanego legowiska pokryli farfoclami z folii nrc, która zapewnić miała jeszcze lepszy komfort izolacyjny, po czym dumnie wskazali rękoma; voilà!






Chciałoby się rzec ''merci'', ale że wrażenie odjęło nam mowę, zamigotałyśmy jedynie zadowolonymi oczyma, wykręcając je po stokroć w wszystkie możliwe kierunki, po czym odpiąwszy rakiety śnieżne, złożywszy plecaki na wyznaczonych sobie skrawkach styropianu, rzuciłyśmy się pędem na zewnątrz - każda w innym kierunku - łapać ostatnie podrygi zmierzchu.


Patryk w tym czasie zajęty był wcielaniem się w prywatnego, profesjonalnego fotografa Arka, który udawał przed obiektywem, że zamaszystym ruchem odkopuje szopę z zasp. Prawdopodobnie jednak machnął kilka razy rękoma na potrzeby zapisania się w annałach alpejskich czynów heroicznych i na tym skończyła się jego rola, a my nadal, chcąc dostać się do szopy, tonęłyśmy w zaspach.

Usiadłam przed bazą, wpatrując się, jak zmierzch wchodzi w góry, jak nasyca cieniem ich fałdowaną fakturę, a na horyzoncie pęcznieje ostatnia, blada smuga różu, podkreślając obrys złączonej z kilku dalekich szczytów, strzelistej korony.
Tkwiłam dłuższą chwilę, wsparta o wystające z zasp belki, pozbijane w liche zagrodzenie.
Góry zastygłe w świętej ciszy zlewały się powoli z ciemniejącą przestrzenią nieba. Oczyma wspinałam się po ich szarzejących krawędziach, dotykając każdego zgięcia i wgłębienia i nie mogąc przerwać tej incydentalnej igraszki, podchodziłam coraz wyżej i wyżej, aż, oderwawszy stopy w swej wirtuozerskiej fantazji, zaczęłam unosić się ponad nimi każdą swoją myślą i przeczuciem. Jakaś szklista łza rozświetliła moje oczy, skrząc się w pomroku od odurzenia tym bezkresnym widokiem.
Pełna uznania dla potęgi Matki Natury, nie potrafiłam oderwać się od cudów jej stworzenia.
Taką, jaką była,chciałabym zapamiętać tę magiczną chwilę wczesnego zmierzchu. Chciałabym znów przeżyć ów mistyczny spokój i poczuć tę dojmującą pustkę w głowie, która towarzyszy mi, gdy osiągam pełnię katharsis.

Po chwili Patryk słusznie zauważył, że trzeba wejść do bazy, żeby się niepotrzebnie nie wychładzać, gdyż temperatura zaczyna spadać a mróz narasta w sile. Powinniśmy zadbać, żeby pomieszczenie służące nam do przekoczowania nocy, odgrodzić na miarę możliwości od temperatury panującej na zewnątrz.
Gdy już całą czwórką zebraliśmy się w środku, Aro z kawałka drutu zrobił klucznik i zamknął nas w środku.
Na skrawkach styropianu ułożyliśmy kolejno swoje śpiwory, na przedłużeniu zbitej z drwa konstrukcji ulokowaliśmy plecaki, żeby zatkać dziury, przez które wypadały nam nogi i zaczęliśmy się posilać.
Na palniczku wytopiliśmy trochę śniegu, z którego zaparzyliśmy wrzątek. Każdy wyjął swój zapas żywności liofilizowanej; ja sięgnęłam po swoją torebkę liofa z owocami leśnymi a dodatkowo posiliłam się puszkowanym gulaszem z wojskowej racji żywnościowej. Posiłek ten solidnie mnie nakarmił i naładował dużą dawką energii. Całość popiłam gorącą herbatką. Tak przygotowana, mogłam wreszcie oddać się błogiemu odpoczynkowi.


''Mój jest ten kawałek podłogi''

Żeby zmieścić się w czwórkę na półtorej metra legowiska, musieliśmy wpierw po kolei wejść każdy w swój śpiwór, potem ułożyć się na baczność, nabierając głębokiego oddechu i zassać brzuchy do środka. Każde wypuszczenie oddechu przez któregokolwiek z kompanów skutkowało miażdżeniem żeber i miednicy. Tak zaczęły się nasze zmagania z siłą grawitacji po prawej i siłą ciążenia po lewej. Wulgaryzmy i inne drańskie metody zwalczenia przeciwnika, naciskającego na newralgiczne i dobrze unerwione części ciała nie odnosiły skutku, więc niebawem rozpoczęła się czynna szarpanina, a ten tylko, kto miał prawdziwą wolę walki, mógł ocalić swe ciało, uwięzione w głębi śpiwora i wychylić raz na jakiś czas zeń głowę, by zaczerpnąć świeżego, mroźnego powietrza, lecz musiał wykonywać tę czynność niezwykle szybko, gdyż zaraz potem jego grzbiet i żebra zakleszczały się na nowo w uścisku żeber innych kompanów.


- Ewcia, serio musicie się ścieśnić! - Krzyczałam, na wpół przytomna, a moje podduszone gardło ani drgnęło czy to w lewo, czy w prawo.
- Ha ha! - Słyszałam w odpowiedzi. Apele nie osiągały zamierzonego celu, a ja czułam, jak powoli odpływam w krainę mrocznego hadesu, w którym co jakiś czas przebłyskiwało ostre światło na końcu tunelu. Nie. To nie tunel. To czołówka Ara. Co on robi? Próbuje się poruszyć? Nie mogę na to pozwolić!
- Ewcia, serio musicie się ścieśnić! - Powtarzałam, a on wtórował srogim ostrzeżeniem, wspierając moją wolę przeżycia. Wessał brzuch i ruchem opływowo-posuwistym próbował wydostać się z zakleszczonej pułapki. Wreszcie w przypływie bezlitosnej i zaciekłej walki, udało mu się podnieść i usiąść. Wyprężył na baczność tors i przyświecił po naszej trójce czołówką, kontrolując, kto zajmuje najwięcej miejsca. Przejechał po mnie światłem, lecz w porę wessałam brzuch, ukrywając swe szachrajskie manewry. Poświecił po Ewce, która nie zdążyła wessać brzucha i gdy już na wpół krzyczał, plując jadem w jej śpiwór, światło czołówki nagle odbiło się od elegancko rozwiniętego kokona, w którym potajemnie, po cichutku, z uśmiechem na twarzy odpoczywał sobie Patryk.
- To on! - Odkrył Aro. - Szparag leży na plecach! - Oskarżył przyczajonego Patryka, rozsierdzonym tonem wymuszając na nim zmianę pozycji.
Patryk przebiegle zaczął bronić swego położenia, twierdząc, że jedynie głowę ma zwróconą w stronę nieba, zaś tułów wygięty w precel, opadający z jednej strony w dziurę między legowiskiem a ściennymi belkami, z drugiej zaś dopasowany do silnych kopnięć Ewy, która, jak lwica walcząc o swój kawałek styropianu, spuszczała mu regularny łomot.
- Ewcia, serio, musicie się ścieśnić! - Powtarzałam, dusząc się i łkając.
W odpowiedzi na me błagania, dolatywały jedynie głośne jęknięcia Szparaga, szczękającego pod nosem o siniakach, które mu nabiła Ewa.
Gdy któreś chciało wyjąć spod głowy zdrętwiałą rękę, bądź obrócić się na drugi bok, wcześniej musiało sygnalizować to reszcie; wtenczas wszyscy nabieraliśmy powietrza w płuca i wsysaliśmy brzuchy, by na ''trzy cztery'' dokonać wspólnego obrotu.
Był to najbardziej uroczy biwak w moim życiu, a wszelkie doznania emocjonalne i cielesne zapamiętam po kres swoich dni.
Nazajutrz okazało się, że powodem tak mocnego oddziaływania siły grawitacji i siły ciążenia było lekko pochyłe legowisko, po którym bezwładnie zjeżdżaliśmy na siebie, wgniatając wszystkie kończyny w cudze kończyny i miażdżąc szczęki o cudze szczęki. Niemniej, tak ekstremalny nocleg w górach nie przytrafił mi się dotąd nawet w szczycie sezonu w Stawach.

Od wczesnych godzin nadrannych już nie spałam. Czuwałam, oczekując kiedy któreś z nich się zbudzi i podejmiemy decyzję o wyjściu. Ci jednak nie wyglądali, jakby mieli się budzić.
Może się podusili? Może im czarcie ziele wpadło do wrzątku? Ani myśleli zrywać się przedwcześnie i zanurzeni w błogostanie swoich sennych wizji, oddawali się czystej przyjemności odpoczynku.
Wreszcie, gdy zaczęło świtać, odchrząknęłam dwa razy, wydostałam się z kleszczy i zaszeleściłam opróżnioną torbą po liofie, co zdeterminowało ich mózgi do powrotu w górską rzeczywistość. Powstawaliśmy, pozbieraliśmy swoje manele, popakowaliśmy sprzęt, posililiśmy się ostatni raz, uporządkowaliśmy miejsce noclegu, przywracając go do stanu sprzed naszej wizyty i wyszliśmy na zewnątrz.


Obiegł mnie dwusieczny dreszcz, gdy moim oczom ukazały się bałwany śniegu, otulone ze wszech stron gęstą mgłą, przysłaniającą dookolne szczyty. Nikt z nas nie spodziewał się w tym dniu załamania pogody. Wszelkie prognozy wskazywały na to, że mamy jeszcze dwa dni okna pogodowego. Góry okazały się być bezlitosne, a mgła zamiast opadać, rozścielała się coraz gęściej i szerzej. Dodatkowo odczuwalna temperatura była niższa i chwilami zaciągał lekki wietrzyk. W nocy chyba nawet delikatnie sypnęło, bo nasze ślady zdawały się jakby mniej wyraźne.
Długo wpatrywaliśmy się w niebo, próbując je odczarować z zgubnego fatum, jednak to nie skutkowało, a czas uciekał i zmuszał nas do podjęcia kolejnych trudnych decyzji.
Aro uczulił, że są małe szanse, żebyśmy w zaistniałej sytuacji zdołali stanąć na szczycie, albo dotrzeć chociaż na wysokość, z której można będzie ocenić warunki na nim panujące.
Mimo wszystko, zdecydowaliśmy wyjść wyżej z uwzględnieniem możliwości wycofu. Odetchnęłam z ulgą, bo obawiałam się, że wobec tych okoliczności, reszta zespołu podejmie bezdyskusyjną decyzję o zejściu i nawet nie zainicjujemy próby przekonania się, czy są jakiekolwiek szanse, by pojawiło się okno pogodowe, pozwalające na dalsze bezpieczne zmierzenie z górą.
Nie chciałam schodzić, chociaż liczyłam się z ryzykiem. Nie chciałam dopuścić do siebie myśli, że zimowe Alpy mogą nas w tak niesprawiedliwy sposób przechytrzyć, a my, zamiast wchodzić na Grossvenedigera, całować będziemy każdy ślad na śniegu, którego w najlepszym wypadku nie zasypie jakaś śnieżyca.
Poza tym nadal czułam się w pełni sił fizycznych i psychicznych, by kontynuować wejście, co potęgowało we mnie chęć podjęcia każdej, nawet chybionej próby. Dobra passa nie opuszczała mnie ani na chwilę. Założyłam rakiety na buty i ruszyłam przed siebie, żeby ponaglić w ten sposób współtowarzyszy do marszu. Po chwili doszli do mnie i wystartowaliśmy. Zaraz później odwróciłam się i znów widziałam, że przystanęli, pogrążeni w debatach. Nie wróżyło to dobrze. Prawdopodobnie nasze szanse z każdą chwilą malały, jednak mnie do końca nie opuszczał optymizm.
Maszerowaliśmy już długo, przeprawiając się przez kołduny śnieżne, przysłonięte mgłą i trawersując ich zbocza w odpowiednich od siebie odstępach, nabieraliśmy stałego tempa. Ewka nadal nie czuła się dobrze, choć może nieco lepiej, niż dnia poprzedniego.

Białe grzbiety śnieżne zastygły w swej urodnej naturze, wchodząc krańcami w gęstość mgły, która je otulała przedziwnym, tajemniczym nastrojem. Wobec ich istoty niczym była wiedza, przygotowanie, zdolności psychiczne, energia fizyczna czy inne arkana sztuki przeprawiania się przez zimowe góry.
Góry to potęga; niezmierzona i nieopisana. To przestrzeń dla wizjonerów, mających przeczucia innych światów, niż tylko ten toczący się zwykłą koleją losu w nizinach. Góry to mistyka.



Dotarliśmy wreszcie na niewielkie wypłaszczenie, gdzie mgła zalała całkowicie krajobraz wysokogórski. Podczas, gdy ja maszerowałam wśród tej bieli za śladem założonym przez Patryka, Ewka z Arkiem zamykali nasz pochód. Zza pleców dobiegały mnie odgłosy dyskusji. Tak podskórnie czułam już, co się święci. Nie ma szans na wejście. Już wszyscy zdążyliśmy dojść do tego wniosku w swoich głowach, jednak do ostatniej chwili każdy odwlekał  wypowiedzenie tego na głos.
Wreszcie klamka zapadła. Warunki są zbyt ciężkie, a im bliżej szczytu, tym prawdopodobniej gorzej.

Ewka, wyraźnie zadowolona z rozsądnych uzgodnień, pochwaliła decyzję o odwrocie. Jej organizm nadal się nie zregenerował w pełni. Poza tym nastawienie psychiczne w takich warunkach osłabiło się w całym zespole. To była najsłuszniejsza z możliwych decyzja; wracamy.
Stałam przez chwilę w zadumie, rytmicznie nakłuwając końcem kijka teleskopowego śnieg. Z jednej strony czułam niewysłowiony żal, że warunki się tak niespodzianie pogorszyły, odbierając nam nadzieję na dalsze działanie, z drugiej strony próbowałam się pocieszyć myślą, że wszyscy prawdopodobnie bezpiecznie zejdziemy z gór. Zostawał też inny, pocieszający aspekt; przeżyliśmy odlotowy biwak w szopie dla bydła alpejskiego.
Postanowiliśmy się na jakiś czas rozłączyć. Panowie spróbowali podejść jeszcze trzydzieści minut do przodu w celu zrobienia małego rekonesansu terenu, zaś ja zaczęłam z Ewką powoli schodzić w dół, gdzie w umówionym miejscu mieliśmy się potem wszyscy spotkać na ostatnim posiłku i gorącej herbacie.
Ostatnie wspólne zdjęcie, wykonane później, podczas schodzenia w obręb lasu

Gdy Aro z Patrykiem zniknęli nam z oczu w gęstwinie mgielnej, przystanęłyśmy na jakiś czas, by ostatni raz rozkoszować się klimatem Alp. Właśnie wtedy doznałam kolejnego zaćmienia, krotochwilnej psoty, która już kilka razy przytrafiała mi się w górach, choć dotąd przeważnie w Tatrach.
Spoglądając w mgłę, wiszącą dokoła, zdawało mi się, że widzę przysuwające się do mnie niebieskie widma o blado czerwonej otoczce. Ilekroć próbowałam przekonać swój umysł, że jedynym panującym dokoła kolorem jest biel, te nieustępliwie wracały. Raz po raz zamykałam i otwierałam oczy, aż wreszcie wpadłam w trans rytmicznego mrugania.
Gdy sugerowałam Ewce, że coś takiego ma miejsce, ta skwitowała, że głowie mi się porąbało od nadmiaru wysokości i zanurzyła się w eksplozji głośnego śmiechu, po czym wyznała, że mam kakaowe oczy, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że jednak doskonale radzi sobie z rozróżnianiem barw. Najwidoczniej cierpię na górską nerwicę natręctw.
To była długa, wyborna wymiana refleksji, które ja zwykłam nazywać filozofią życia.
Każda z nas ma inną. Jesteśmy całkiem różniącymi się od siebie stworzeniami; Ewka jest bardziej podminowaną istotą o temperamencie góralki z krwi i kości, z trzeźwością umysłu patrzy na rzeczywistość i wszystko, co ją otacza, umiejąc przy tym cierpliwie znosić moją euforyczną naturę ze skłonnościami do romantyzmu, wrażliwości duchowej i zaklęcia ze szczęścia.
Nie wiem, jak my się dobrałyśmy, jednak, o dziwo wszelkie przeciwieństwa, które nas różnią w górach stają się wspólnym mianownikiem do ich przeżywania.
Pamiętacie pewnie nasze wejście na Mięgusza, które odbywało się w tym samym, czwórkowym składzie? Zacytuję.
''Nie sposób opisać jak bardzo różnimy się z Rudą, ale chyba właśnie ten kontrast nas tak uzupełnia. Jest jednym z najlepszych partnerów, z jakimi łaziłam kiedykolwiek po górach. Po prostu dziewczyna diament z giwerą w zębach.
Jak to leciało?
Rozmarzona Justyna, spoglądająca z nostalgią na góry: ''A tam gdzieś w chmurach jest nasz cel... a tu są różowe chmurki...''
Zdezorientowana Ewka: ''Tak. Ona widzi pogodę i różowe chmury a ja widzę jedno wielkie szare gówno... i tu jest dylemat.''

Po długiej drodze w dół, dotarłyśmy wreszcie do ''szopy dla alpejskiego bydła'', by trochę się ogrzać i pożegnać z tym uroczym miejscem w jak najpiękniejszy sposób.
Zawsze chciałam to zrobić. Teraz miałam okazję. Puściłam na odtwarzaczu muzykę klasyczną, zabrałam Ewkę na wielką, śnieżną zaspę przed zagrodą i zaczęłam tańczyć. Zdumiona Ewka o dziwo podzieliła mój romantyczny nastrój i postanowiła zatańczyć razem ze mną.
Dzikość duszy. Ekstatyczny dreszcz. Romantyczne nastrojenie. Szaleństwo. Śmiech. Łzy radości kotłujące się pod powiekami. Ta chwila wyzwolenia i radości zawsze pozostanie bliska memu sercu.
Niestety nie trwało to długo, bo zza górki właśnie wyłonili się Aro z Patrykiem, schodzący z góry, a, że im chciałam oszczędzić swych ekstatycznych odlotów, tańca zaprzestałam.

(Filmik poniżej)


Teraz czas schodzić z gór... Z nowym doświadczeniem, z pokorą, z determinacją, by niedługo wrócić tu w lepszych warunkach. Jest pięknie. Jest dobrze. Jest tak kojąco.

To niestety pożegnalna wyprawa. Wprawdzie żegnałyśmy się już początkiem stycznia w Tatrach, ale całe szczęście miałam okazję raz jeszcze towarzyszyć Ewce - temu uroczemu stworzeniu - w górach.
Teraz ona wyjeżdża za granicę, gdzie chce trochę pomieszkać, a ja zostaję tu, z dobrym wspomnieniem wszystkich dni, jakie dotąd spędziłyśmy razem w górach.
Ciężkie to rozstanie, chociaż wiem, że z Ewcią jeszcze niejedną górę w życiu razem zrobimy, że jeszcze tu wróci, że jeszcze ja odwiedzę ją tam, gdzie poniesie ją los.
Przed laty połączyła nas pasja do gór. Dziś czuję, jakby wbrew wszelkim różnicom, łączyło nas coś więcej, jakieś nieopisane pokrewieństwo dusz.
Trzymaj się Ewcia, życzę Ci wysokich szczytów i bezpiecznych dróg, gdziekolwiek będziesz. Zawsze będę na Ciebie czekać w Twych ukochanych Tatrach z świeżo naparzonym wrzątkiem i różową chmurką na niebie. Justak.







Copyright © 2014 Skazana na gór dożywocie , Blogger