Obraz 2 ; Mnich z ogarkiem świecy

Obraz 2 ; Mnich z ogarkiem świecy





Mnich z ogarkiem świecy mojego autorstwa. 

Inspiracją była twórczość M. Lewandowskiego. Nie ukrywam także wielkiej fascynacji Beksińskim. Twórczość tychże artystów jest mi najbliższą. Jeden z czytelników zainspirował mnie do podjęcia się kolejny raz własnej interpretacji w tej tematyce. Jak podoba Wam się efekt końcowy? 
(przepraszam za słabą jakość zdjęć, obraz dużo przez to traci w podglądzie, zatem wrzucam trzy - w różnym świetle) 









Suplikacja Nagiej Góry, pamięci  T.

Suplikacja Nagiej Góry, pamięci T.


W pobielonych gór mamidła
cisza składa siwe skrzydła
wzniosłą jutrznią wśród świtania 
złotość się pąsowi kłania
- Tobie śpiewa żywioł wszelki
bądź pochwalon Boże Wielki -
wiatr bezgłośnie krzyk kołysze
w głuchej głuszy tętent słyszę
łez upadłych na twą szyję
w której chętne życie wyje

tylko cisza składa skrzydła
w pobielonych gór mamidła

już bezgłośnie echo warczy
szyję pnąc do słońca tarczy
wcałowana w całun lina
ciszkiem w sopel ciało wżyna  

daj czasowi czas by minął
wpierw minutą i godziną
potem zrywem wiatru drżenia
aż do zmierzchu rozgrzeszenia
niech od gwiazdy stal sierpiska
nocą szkli się, tryska, błyska
tętnią dzwony - skowyt niesie
mróz palący po bezkresie -

- Suplikacja.     Żegnam Ciebie. 
Niech Ci czekan służy w niebie.


                          Pamięci T.
            J, Skazana na gór dożywocie


Górski outsider, zdobywca Nagiej Góry. 
Poszukiwał własnych ścieżek, miał odwagę wbrew wszystkiemu podążać za głosem swego serca. Był refleksyjnym, prostolinijnym człowiekiem. Przeszedł wiele krętych dróg życia., lecz wypełniała go niesamowita energia, aura, otwartość, której mogliśmy doświadczać. 
Żył w głębokim przekonaniu bliskiej więzi z górami, w których, jak sam mówił, był bliżej Boga z obawy przed śmiercią, bólem, cierpieniem. Udowodnił, że można pokonać wszelkie przeciwności losu, odbić się z samego dna i sięgnąć szczytu. On sięgnął ośmiotysięcznego. 
Kochał ludzi. Kochał miejsca. Potrafił okazywać niezwykłą wdzięczność nawet za najdrobniejszy gest, za najprostszy uśmiech. Do końca pozostał sobą. Odszedł w miejscu, które kochał. 

Dziękuję Ci za wszystko; za dobro, za szacunek, za altruizm, za zawsze dobre życzenia, za to, że nigdy w rozmowie z Tobą nie odczułam, że jesteś kimś więcej - zawsze byłeś ''po prostu Tomkiem'', który w trudnym momencie mi pomógł i okazał wiele dobrej energii, mimo, że jeszcze nie znaliśmy się na tyle dobrze. Nigdy Ci tego nie zapomnę.

Czapa, do zobaczenia. 



Gdy nie ma mnie w górach, sięgam po pióro... lub pędzel... Obraz 1

Gdy nie ma mnie w górach, sięgam po pióro... lub pędzel... Obraz 1

''Czas przystanął na świata poboczu, niemoce, lament
Bo wciąż ludzie nikną mu z oczu. Amen
I już po nas cienie bez cienia w historii pochodzie
Co palcem spisuje wspomnienia na wodzie...''
(Krzysztof Cezary.Buszman).




Malowanie - choć różni się środkami i formą od literatury - dotyka mnie bliskim przeczuciem tego, co doświadczalne, gdy pochylam się nad pisaniem tekstów. Każde szarpnięcie pędzla - jak szarpnięcie pióra - to wytrysk emocji, uwolnienie napięcia, nieustanne oczekiwanie, zaznanie strachu i jednoczesnego ukojenia. To wieczne nieodgadnienie, niepogodzenie, nienazwanie. 
To żar przenikający ciemne i świetlne otchłanie wnętrza, to poszukiwanie światła w mroku i mroku w świetle. To przyoblekanie w kształty transcendentności ducha. 

Malowanie jak również pisanie pozwala mi na nizinach przeżywać to wszystko, czego poszukuję wysoko, w górach... 

Tworząc powyższy obraz, kluczyłam wśród inspiracji bliskich mi artystów, przemycając w to własną wizję i wrażliwość, jednak przede wszystkim zapragnęłam dotknąć pędzlem bytu ludzkiego, który - choć dla każdego z nas inny - zaplata się przez ten sam bezmiar przestrzeni, woli życia i upływu czasu...

Co czujecie? 
Jakie w Was wzbudza refleksje? 
Jestem bardzo ciekawa, czy moje i Wasze odczuwanie nazwać można... współodczuwaniem. 


*Inspirowane genialnym (jednym z moich ulubionych artystów) p. M. Lewandowskim, którego wszystkie dzieła znam na pamięć i często rozkoszuję nimi oczy (polecam jego twórczość). Nie jest to kopia, a wyłącznie inspiracja, posłużyłam się inną kolorystyką i wprowadziłam w temat własną wizję. 


O tym, jak przespałam się w szopie dla bydła alpejskiego... czyli trudne decyzje pod Großvenedigerem

O tym, jak przespałam się w szopie dla bydła alpejskiego... czyli trudne decyzje pod Großvenedigerem

Kilka tygodni temu nastał długo wyczekiwany moment powrotu do pełnej aktywności górskiej. Znów z właściwą sobie częstotliwością bywam w różnych pasmach, bliskich mojemu sercu.
Niedawno wybrałam się na polanę Łapszanka i pewien magiczny punkt widokowy na Tatry, leżący nieopodal. Obserwowaliśmy tam z dwójką znajomych fotografów wschód słońca.
Niedługo potem odwiedziłam schronisko na Kudłaczach w Beskidzie Makowskim, gdzie swój pobyt potraktowałam jako aklimatyzację przed pełnym powrotem do nadchodzącej harówki górskiej. Ostatnio byłam też w Beskidzie Żywieckim, który naładował mnie potrzebną energią.
Wreszcie dodam, że bywam znów w ukochanych Tatrach, a jakiś czas temu ruszyłam tam na kilkudniowy zimowy reset, podczas którego towarzyszyło mi mnóstwo ważnych dla mnie osób, wśród nich byli też moi przyjaciele oraz wszyscy Ci, na których obecności w górach szczególnie mi zależy. Swój powrót świętowałam uroczyście, jak przystało na świętowanie takich powrotów.
Był to czas refleksji, zadumy, ale też obfitujący w wspaniałe wspomnienia czas pożegnania starego roku, który nie był rokiem mi przyjaznym i rozpoczęcie nowego - jak sobie wszyscy obiecaliśmy - lepszego. Ogromnie chciałabym się z Wami podzielić pięknymi wspomnieniami z tego ważnego dla mnie momentu i przywołać uczucie halnego wiatru we włosach, widok na rozgwieżdżone niebo czy pełnię księżyca nad sercem Tatr. Chciałabym - ale nie mogę. Ten czas bowiem jest zbyt ważny i osobisty dla mnie. Żarliwie przeżyłam swój powrót; wiele łez się polało, ogrom radości wytrysnął.
Chcę tylko potwierdzić - wróciłam! Jestem znów w miejscu, które kocham - w górach.


Ledwie nastała połowa stycznia, a w głowie zakotłowało się od najróżniejszych pomysłów na przejścia i prawdopodobnie wylądowałabym ostatecznie na którejś z cudnych tatrzańskich dróg WKT, gdyby nie to, że w ciągu pięciu minut zrodził się plan zimowego wejścia na alpejski Grossvenediger

 

Spakowałam graty w ulubiony, zielony plecak, który już swoje w górach przeszedł a do kieszeni bocznej wrzuciłam wojskową rację żywnościową, na którą jakiś czas temu się przerzuciłam, planując swoje biwaki, ponieważ jej zastosowanie w górach sprawdza się dla mojego organizmu lepiej, jak jazda  na samych liofach; potrzebuję przemycać dużo energii w posiłkach, żeby sprawniej funkcjonować, jednak czasem idzie mi to opornie, zważywszy na moje naturalne przystosowanie do niewielkiej ilości łykanego pożywienia, często niskokalorycznego. Tym razem zdecydowałam się nad tym popracować.
Dopięłam wszystkie sprawy organizacyjne z kompanami wyprawy. Ruszyliśmy w czteroosobowym zespole.


Wedle wszelkich prognoz, na dni, w których planowaliśmy działanie w obrębie Grossvenedigera, przypadała istna lampa. Jedyne, co nas trochę martwiło to warunki, które mogą tam panować po sowitych opadach śniegu, jakie wystąpiły zaledwie kilka dni wcześniej, przynosząc większości pasm alpejskich 5 lawinową, czyli kataklizm. Wiele miejscowości, położonych u podnóża Alp odciętych zostało od świata. Całe szczęście region, do którego my przybyliśmy nie wyglądał tak groźnie.
5 lawinowa wprawdzie - wedle informacji, jakie pozyskaliśmy -  zeszła już do niskich stopni, oscylujących na granicy 2, co umożliwiało podjęcie próby wejścia na szczyt, jednak wymarsz w takich warunkach zimą w Alpy tak, czy siak budził niepokój niedotarcia tam, z czym od początku się liczyliśmy.
Do plecaków dopięliśmy rakiety śnieżne z KW, które miały nam ułatwić przebijanie się przez kołduny zasp, a  jak się potem okazało, bez nich nie ruszylibyśmy nawet przez zalesioną dolinę, która tonęła w śniegu.

Podczas wielogodzinnej podróży samochodem kierowała Ewka. Spędziła sporo godzin za kółkiem. Aro był jej zmiennikiem, jednak z jakiś względów (które ja przespałam) - na krótko - dalej znów prowadziła Ewka. 
Dotarliśmy nad ranem do pięknie położonej, malowniczej wioski u podnóża Wysokich Taurów. Tam też zostawiliśmy auto, obawiając się, że przy tych warunkach śniegowych podjechanie gdziekolwiek wyżej mogłoby skończyć się uwięzieniem w lodowej pułapce. W wyniku tej decyzji, dalszą trasę przemierzyliśmy na piechotę, robiąc tym samym dość przyjemną rozgrzewkę przed ruszeniem wyżej.
Alpy w sezonie zimowym nie pobudzają miejscowych do chęci działania, poruszają się tam wtedy głównie skiturowcy. Sezon turystyki wysokogórskiej jest martwy, a przynajmniej martwym był w rejonach, w które wyszliśmy.

W górach tego dnia panowała niezwykła cisza. Nie było śladów pieszych przejść. Czekało nas przecieranie. Nad strzeliście piętrzącymi się szczytami górowała oślepiająca tarcza słoneczna, a pod nogami chrzęściła gruba warstwa śniegu. Gdy tylko dotarliśmy w obręb lasu, a ja weszłam na ochotnika pierwsza w zalegający tam śnieg, okazało się, że trzeba założyć rakiety śnieżne. Nie było mowy o tym, żebyśmy zdołali przejść choćby 100 metrów w samych butach wysokogórskich. Śnieg się zapadał, a jego konsystencja uniemożliwiała normalne poruszanie się. Po dopięciu rakiet na pierwszy test wyszedł Patryk, a, że zabawa ewidentnie mu się spodobała, i ja ruszyłam za nim, by już po kilku krokach odwrócić się do reszty naszego zespołu z radosnym komunikatem: ''Rakiety dają radę!''
Ruszyłam żwawo przed siebie, wyprzedzając Patryka. Ewka z Arem zostali w tyle, gdyż ich rakiety okazały się być gorszej jakości pod względem zaczepów, które kilka razy się rozpięły w trakcie marszu.

Nastroje już od samego dołu były bardzo zróżnicowane. Ja, ku wielkiej uciesze, osiągnęłam równowagę ducha i z frajdą pięłam się między drzewami, Patryk kluczył w zadumie, co jakiś czas kwitując piękno otoczenia wymownym uśmiechem, Ewka była nieco zgaszona - jak na Ewkę -, gdyż długa podróż dała jej mocno popalić, a Aro, jak to Aro - naprzemiennie poważny i obiektywny, panował nad wszystkim i zamykał nasz pochód.

Już na pierwszych zawijasach dało się odczuć różnicę między rodzajem założonych rakiet. Arek i Ewka poruszali się w rakietach o wiązaniu na nylonowe paski, blokowane plastikowymi klamrami, których wadą okazuje się być nieścisłe trzymanie buta. Mi i Patrykowi wchodziło się znacznie lepiej, gdyż mieliśmy rakiety z lepszym rodzajem wiązania, które wykorzystuje się np. w snowboardzie. Dzięki temu but był mocno osadzony i stabilny.
(Ta uwaga może posłużyć Wam, gdy będziecie planowali zakup rakiet; zawsze zwracajcie uwagę na rodzaj wiązania! )

Szybko nabieraliśmy wysokości, gdyż podejście niemalże w całej swej rozciągłości kluczyło zakosami; wpierw między strzelistymi drzewami, otulonymi białością śniegu, potem, powyżej piętra lasu, po dużych, śnieżnych polach, pnących się chwilę w równomiernym nastromieniu ku górze.
Najwięcej skupienia wymagało trawersowanie lawinisk, których po drodze obserwować można było dziesiątki, z czego kilka mniejszych i jedno duże przecinały bezpośrednio naszą drogę dojściową. Widok na zimowe Alpy z tej perspektywy wzbudzał respekt, jednak fascynacja tą niewątpliwą siłą żywiołów okazywała się silniejsza. W głowie wciąż buzowało niecierpliwe oczekiwanie na moment, w którym wreszcie przed oczyma, z dalekiej dali, wśród innych szczytów,  ukaże się dostojny Pan Grossvenediger.


Po zrobieniu kilku kilometrów, oceniliśmy z Arem, że rzeczywisty stopień zagrożenia lawinowego nie jest jednak tożsamy ze stopniem, który orientacyjnie podany był w prognozach dla tego regionu. Jako, że zatrzymywanie się w lawiniastym terenie, wystawionym na operowanie słońca, nie było dobrym pomysłem, postojów nie robiłam wcale. Postanowiłam iść przed siebie i odpocząć dopiero po osiągnięciu pierwszego punktu, jaki sobie założyłam przy wejściu. Stosowałam świadomą taktykę, którą nazywam ''A - B, B - C''.  Nie odczuwałam nawet najmniejszego zmęczenia, przez co chciałam pociągnąć swą dobrą passę jak najdłużej, gdyż zatrzymywanie się nie wpływa korzystnie na mój organizm. Działa on tak, że potrzebuje stałych bodźców, których dostarcza mu systematyczne pokonywanie drogi. Wówczas ja czuję się komfortowo psychicznie, wiedząc, że stała aktywność z każdą chwilą przybliża mnie do osiągnięcia celu, którym wedle moich założeń na początek bywa punkt ''A''. Gdybym wyłączyła się na dłużej z aktywności swojego ciała, moja psychika automatycznie zaczęłaby się buntować, przez co traciłabym zacięcie i z czasem przestałabym wymagać od siebie.
W górach ważne jest, by umieć to działanie swojego organizmu rozpoznać i partnerować nie tylko ludziom, którzy uczestniczą w wyjściu, ale przede wszystkim sobie samemu; swojemu ciału i swojej głowie.


Wobec powyższego, przed progiem samoczynnie rozdzieliliśmy się na dwie dwójki; ja z Arkiem nadal wchodziłam w górę, a Patryk wziął pod swoje skrzydła Ewę, pozostając z nią w dole, ponieważ ona potrzebowała więcej odpoczynku.


Zaczęliśmy podejście pod próg, otulony ogromną ilością śniegu, zwieńczony na swym szczycie dużym, topornym Krzyżem. Tutaj zmieniliśmy się rolami i za radą Arka ja ruszyłam pierwsza, gdyż dzięki lepszej jakości rakietom, które wciąż ściśle trzymały but, mogłam w bezpieczniejszy sposób założyć ślady i przetrzeć trochę trawersem newralgicznie wyglądający w tym słońcu, stromy próg. Aro zaalarmował, żebym się pospieszyła, gdyż śnieg wiszący nad nami nie podoba mu się i jest możliwe, że przy obciążeniu, mógłby się osunąć. Arek to doświadczony alpinista. Ufam mu i zawsze  polegam na jego uwagach.
Po przejściu trawersiku, stanęliśmy wprost pod dużym kopcem śniegu, zastanawiając się, czy powinniśmy przejść go bokiem, czy się nań wdrapać.
Aro postanowił zbadać temat i poruszając się zygzakiem, wchodził ku górze. Po chwili zniknął mi z oczu. Nie dawał znać, jak tam jest, a wokół znów zapanowała bezgraniczna cisza. Odwróciłam się kontrolnie do tyłu, żeby zobaczyć, czy w dole, na horyzoncie nie pojawili się już Patryk z Ewką, jednak wciąż nie nadchodzili, a Aro, jak przepadł, tak przepadł. Słońce coraz mocniej konfrontowało się z śniegiem, a ten ujechał mi pół metra spod nóg.
Nie miałam ochoty dłużej czekać i zastanawiać się, co też takiego jest za śnieżnym kopcem, więc ruszyłam tym samym zakosem, co Aro, wprost przed siebie, na szczytowy punkt progu. Rzucając na boki badawcze spojrzenia, sprawdzałam czy nie wyjeżdżają kolejne porcje śniegu i wizualizowałam sobie, jak długi czekałby mnie lot w dół, gdyby tak śnieg zechciał jednak wyjechać. Wreszcie po kilku ostatnich, płynniejszych ruchach, wdrapałam się na śnieżną kopułę, zwieńczoną topornym Krzyżem, skąd moim oczom ukazał się zachwycający widok na bezkresną przestrzeń między dookolnymi szczytami. Przyspieszyłam tempa i dogoniłam Ara, który maszerował wąskim, wypłaszczonym terenem przed siebie. Snuliśmy się dalej, podziwiając fenomen otoczenia.


Niebawem z oddali ujrzałam piękny, kopulasty szczyt Grossvenedigera, pod który doprowadza pole lodowca, okrytego potężną połacią śniegu. Obraz ten błyszczał pod dotykiem słonecznych promieni, jak nabrzmiały, wygięty w łuk brzuch olbrzyma, okryty srebrzystym welonem. Raz jawił się dostojnie, innym razem przyjaźnie.
Krajobraz płynął, czas przyspieszał, puls rytmicznie poruszał skronią. Czułam tryumf ducha. 
W górach liczy się coś więcej, niż stanięcie na szczycie, choć to niewątpliwie ważne doznanie, składające się na poczucie sukcesu. Samo ujrzenie szczytu jest mą osobistą alegorią nadziei. Ta wypiętrzona postać zwiastuje nienazwane, nie zawsze dostępne, jednak - póki tli się życie - wciąż osiągalne. To droga do samego siebie.

Nieprzerwanie maszerując w rakietach, mijałam zakręty, które wytyczały naturalnie powstałe formacje śnieżne, a za którymi wciąż nie było widać miejsca naszej bazy. Wreszcie, po kilku godzinach przecierania, na horyzoncie pojawił się zamknięty na cztery spusty schron, utopiony w wysokich zaspach. Zaraz po mnie, ślad w ślad, na miejsce dotarł Aro. Patryk z Ewką wprawdzie byli jeszcze kawał drogi za nami, ale chwilę wcześniej zlokalizowaliśmy ich mrówcze cienie, podchodzące naszym tropem.
Szanse na ruszenie wyżej z każdą chwilą malały, gdyż przewidzieliśmy, że Ewa powinna wreszcie odpocząć, a jej organizm musi się zregenerować. Nie martwiło mnie to, gdyż w głowie zdążyłam już ułożyć plan awaryjny, który przewidywał wykopanie jamy śnieżnej w miejscu, w którym spoczęliśmy i przekoczowanie tu do nocy, potem jej przespanie, a następnie, skoro świt, ruszenie w dalszą drogę.


Z widokiem na Grossvenediger

Wyjęłam z plecaka część racji żywnościowej, posiliłam się chrupkim, wysokokalorycznym pieczywem, wysokokalorycznym smarowidłem mięsnym i popiłam wodą z wytopionego śniegu. Aro w tym czasie krzątał się wokół pozamykanego na cztery spusty schronu, by upewnić się, czy istnieje sposób na wejście do środka. Niebawem, ku naszej uciesze, dotarł Patryk, a zaraz za nim Ewka. Patryk uświadomił nam, że musimy przemyśleć decyzję o dalszym wchodzeniu tego dnia, gdyż Ewa nie  czuje się dobrze. Po drodze wspomagał ją żelami energetycznymi i wszystkim, co tylko posiadał w swoim awaryjnym wyposażeniu, jednak możliwości organizmu czasem w górach bywają nie do podrasowania. Każdy z nas miewał nieraz w górach chwile słabości, które nie pozwalały na szybką regenerację, więc nauczeni tym doświadczeniem, postanowiliśmy dać sobie czas na przemyślenie dalszego planu.
Ewka przysiadła obok nas na śniegu, jej porcelanowa twarzyczka straciła charakterystyczne rumieńce i dopiero po dłuższej chwili na nowo je odzyskała. Długo milczała, a milczenie to było niepokojące.

Decyzja była bardzo trudna, gdyż w tym dniu mieliśmy szansę na maksymalne wykorzystanie rewelacyjnego okna pogodowego, z drugiej strony najistotniejszym elementem wyprawy jest bezpieczeństwo i przyjemność ze wspólnego trudu, jaki wkłada się w wejście na szczyt.
Najrozsądniejszym rozwiązaniem było przeczekanie najbliższej nocy na biwaku i skoro świt ruszenie dalej.


Wreszcie nastał ten moment, kiedy powiedzieliśmy sobie ''stop''. Po naradach, podczas których topiliśmy śnieg na palniczku, gotowaliśmy herbatę i posilaliśmy się, decyzja została podjęta; czeka nas kiblowanko w górach.

Schron w martwym sezonie zimowym jest zamknięty na cztery spusty, więc w najlepszym wypadku jakimś cudem uda nam się przekopać przez zaspy, odryglować wejście i przespać za progiem, a w najgorszym wypadku skończymy w jamie śnieżnej zawinięci w kokony z folii nrc.
- Będzie super! - Ucieszyłam się na samą myśl o niespodziewanym biwaku. Inni najwidoczniej nie współodczuwali mego optymizmu, gdyż temat kopania jamy śnieżnej pozostał tematem tabu. Panowie obeszli cały przytułek dokoła, posprawdzali wszystkie możliwości dostania się do wewnątrz i gdy okazało się, że naprawdę, ale to naprawdę nie jest to możliwe, ogłosili, że trzeba się cofnąć, zejść nieco niżej, gdzie po dwudziestu minutach marszu powinniśmy napotkać mijaną wcześniej małą szopę dla bydła.
- Cudownie! - Eksplodowałam z radości! - Prześpię się szopie dla bydła alpejskiego! Cudownie!
- O ile uda nam się do niej włamać. - Parsknął Aro.
- No tak. - Ochłonęłam.

Patryk z Arkiem zwinnie podnieśli tyłki ze śniegu, nałożyli rakiety na buty i nie dając za wygraną, postanowili prędko schodzić w dół, żeby zdążyć przed zmierzchem dokonać chuligańskiego włamania do szopy.
My z Ewką w tym czasie wciąż pozostawałyśmy w górze, delektując się obłędnymi widokami na opromienionego słońcem Grossvenedigera, który uśmiechał się do nas zalotnie, mrugał swymi srebrnymi ślepkami i zachęcał do romantycznych wzruszeń. No - może niekoniecznie Ewkę, która zazwyczaj w górach widzi ''jedno wielkie szare gówno'', - ale mnie, widującą różowe chmurki, filuterne duszki i inne zjawy, owszem.
Brakowało mi tylko muzyki Leonarda Cohena; Takie this waltz, a zaczęłabym tańczyć, wirować, świrować na tym bezkresnym, alpejskim pustkowiu - jak szalona, jak szalona.
Gdy wreszcie wszystkie szczęścia tego świata mnie opuściły i zubożałam w swej egzaltacji, zaczęłyśmy schodzić do szopy, zastanawiając się, czy niecna akcja ''Włam się przyzwoicie'' odniosła sukces.
Po spokojnym, dwudziestominutowym spacerze dotarłyśmy pod znajomą górkę, okrytą szerokimi zaspami, zza których ukazała się szopa, a przed nią, tryumfalnie przechadzający się Aro z Patrykiem.

- Udało im się włamać? Czy Ty widzisz to, co ja? Niemożliwe! Będziemy spać w szopie dla bydła! -Wykrzykiwałam biednej, zdruzgotanej moim zachowaniem Ewce. Pognałyśmy tam w podskokach, zapadając się po drodze w głębokie zaspy.

Wewnątrz szopy, na jej tyle, zastałyśmy maleńkie, drewniane pomieszczenie, przypominające roboczy schowek, w którym znaleźć można było ogromną stertę długich belek, zieloną konewkę z gwoździami, kilka lin zawieszonych na ścianie i wielgaśny, toporny kilof. Oto wyposażenie naszego hotelu pod gwiazdami. Nic - a jakże dosyć!
Panowie na przęśle płotu znaleźli dwa styropiany, lecz całą radość zepsuł skobel, przypominający ucho, które stanowiło wybrzuszenie całości i uniemożliwiało płaskie położenie styropianów. Arek próbował wybić skobel, lecz nie udało się, zatem wpierw podważył czekanem a potem znalezionym łomem i skobel wyleciał w powietrze wraz z jednym szczeblem. Potem całe przęsło ułożyli na konstrukcji z belek, zbitych gwoździami, wspierając z obu stron jego końce o ustawione do siebie równolegle w odległości półtora metra inne szerokie, drewniane bele. Wierzchnią część tak przygotowanego legowiska pokryli farfoclami z folii nrc, która zapewnić miała jeszcze lepszy komfort izolacyjny, po czym dumnie wskazali rękoma; voilà!






Chciałoby się rzec ''merci'', ale że wrażenie odjęło nam mowę, zamigotałyśmy jedynie zadowolonymi oczyma, wykręcając je po stokroć w wszystkie możliwe kierunki, po czym odpiąwszy rakiety śnieżne, złożywszy plecaki na wyznaczonych sobie skrawkach styropianu, rzuciłyśmy się pędem na zewnątrz - każda w innym kierunku - łapać ostatnie podrygi zmierzchu.


Patryk w tym czasie zajęty był wcielaniem się w prywatnego, profesjonalnego fotografa Arka, który udawał przed obiektywem, że zamaszystym ruchem odkopuje szopę z zasp. Prawdopodobnie jednak machnął kilka razy rękoma na potrzeby zapisania się w annałach alpejskich czynów heroicznych i na tym skończyła się jego rola, a my nadal, chcąc dostać się do szopy, tonęłyśmy w zaspach.

Usiadłam przed bazą, wpatrując się, jak zmierzch wchodzi w góry, jak nasyca cieniem ich fałdowaną fakturę, a na horyzoncie pęcznieje ostatnia, blada smuga różu, podkreślając obrys złączonej z kilku dalekich szczytów, strzelistej korony.
Tkwiłam dłuższą chwilę, wsparta o wystające z zasp belki, pozbijane w liche zagrodzenie.
Góry zastygłe w świętej ciszy zlewały się powoli z ciemniejącą przestrzenią nieba. Oczyma wspinałam się po ich szarzejących krawędziach, dotykając każdego zgięcia i wgłębienia i nie mogąc przerwać tej incydentalnej igraszki, podchodziłam coraz wyżej i wyżej, aż, oderwawszy stopy w swej wirtuozerskiej fantazji, zaczęłam unosić się ponad nimi każdą swoją myślą i przeczuciem. Jakaś szklista łza rozświetliła moje oczy, skrząc się w pomroku od odurzenia tym bezkresnym widokiem.
Pełna uznania dla potęgi Matki Natury, nie potrafiłam oderwać się od cudów jej stworzenia.
Taką, jaką była,chciałabym zapamiętać tę magiczną chwilę wczesnego zmierzchu. Chciałabym znów przeżyć ów mistyczny spokój i poczuć tę dojmującą pustkę w głowie, która towarzyszy mi, gdy osiągam pełnię katharsis.

Po chwili Patryk słusznie zauważył, że trzeba wejść do bazy, żeby się niepotrzebnie nie wychładzać, gdyż temperatura zaczyna spadać a mróz narasta w sile. Powinniśmy zadbać, żeby pomieszczenie służące nam do przekoczowania nocy, odgrodzić na miarę możliwości od temperatury panującej na zewnątrz.
Gdy już całą czwórką zebraliśmy się w środku, Aro z kawałka drutu zrobił klucznik i zamknął nas w środku.
Na skrawkach styropianu ułożyliśmy kolejno swoje śpiwory, na przedłużeniu zbitej z drwa konstrukcji ulokowaliśmy plecaki, żeby zatkać dziury, przez które wypadały nam nogi i zaczęliśmy się posilać.
Na palniczku wytopiliśmy trochę śniegu, z którego zaparzyliśmy wrzątek. Każdy wyjął swój zapas żywności liofilizowanej; ja sięgnęłam po swoją torebkę liofa z owocami leśnymi a dodatkowo posiliłam się puszkowanym gulaszem z wojskowej racji żywnościowej. Posiłek ten solidnie mnie nakarmił i naładował dużą dawką energii. Całość popiłam gorącą herbatką. Tak przygotowana, mogłam wreszcie oddać się błogiemu odpoczynkowi.


''Mój jest ten kawałek podłogi''

Żeby zmieścić się w czwórkę na półtorej metra legowiska, musieliśmy wpierw po kolei wejść każdy w swój śpiwór, potem ułożyć się na baczność, nabierając głębokiego oddechu i zassać brzuchy do środka. Każde wypuszczenie oddechu przez któregokolwiek z kompanów skutkowało miażdżeniem żeber i miednicy. Tak zaczęły się nasze zmagania z siłą grawitacji po prawej i siłą ciążenia po lewej. Wulgaryzmy i inne drańskie metody zwalczenia przeciwnika, naciskającego na newralgiczne i dobrze unerwione części ciała nie odnosiły skutku, więc niebawem rozpoczęła się czynna szarpanina, a ten tylko, kto miał prawdziwą wolę walki, mógł ocalić swe ciało, uwięzione w głębi śpiwora i wychylić raz na jakiś czas zeń głowę, by zaczerpnąć świeżego, mroźnego powietrza, lecz musiał wykonywać tę czynność niezwykle szybko, gdyż zaraz potem jego grzbiet i żebra zakleszczały się na nowo w uścisku żeber innych kompanów.


- Ewcia, serio musicie się ścieśnić! - Krzyczałam, na wpół przytomna, a moje podduszone gardło ani drgnęło czy to w lewo, czy w prawo.
- Ha ha! - Słyszałam w odpowiedzi. Apele nie osiągały zamierzonego celu, a ja czułam, jak powoli odpływam w krainę mrocznego hadesu, w którym co jakiś czas przebłyskiwało ostre światło na końcu tunelu. Nie. To nie tunel. To czołówka Ara. Co on robi? Próbuje się poruszyć? Nie mogę na to pozwolić!
- Ewcia, serio musicie się ścieśnić! - Powtarzałam, a on wtórował srogim ostrzeżeniem, wspierając moją wolę przeżycia. Wessał brzuch i ruchem opływowo-posuwistym próbował wydostać się z zakleszczonej pułapki. Wreszcie w przypływie bezlitosnej i zaciekłej walki, udało mu się podnieść i usiąść. Wyprężył na baczność tors i przyświecił po naszej trójce czołówką, kontrolując, kto zajmuje najwięcej miejsca. Przejechał po mnie światłem, lecz w porę wessałam brzuch, ukrywając swe szachrajskie manewry. Poświecił po Ewce, która nie zdążyła wessać brzucha i gdy już na wpół krzyczał, plując jadem w jej śpiwór, światło czołówki nagle odbiło się od elegancko rozwiniętego kokona, w którym potajemnie, po cichutku, z uśmiechem na twarzy odpoczywał sobie Patryk.
- To on! - Odkrył Aro. - Szparag leży na plecach! - Oskarżył przyczajonego Patryka, rozsierdzonym tonem wymuszając na nim zmianę pozycji.
Patryk przebiegle zaczął bronić swego położenia, twierdząc, że jedynie głowę ma zwróconą w stronę nieba, zaś tułów wygięty w precel, opadający z jednej strony w dziurę między legowiskiem a ściennymi belkami, z drugiej zaś dopasowany do silnych kopnięć Ewy, która, jak lwica walcząc o swój kawałek styropianu, spuszczała mu regularny łomot.
- Ewcia, serio, musicie się ścieśnić! - Powtarzałam, dusząc się i łkając.
W odpowiedzi na me błagania, dolatywały jedynie głośne jęknięcia Szparaga, szczękającego pod nosem o siniakach, które mu nabiła Ewa.
Gdy któreś chciało wyjąć spod głowy zdrętwiałą rękę, bądź obrócić się na drugi bok, wcześniej musiało sygnalizować to reszcie; wtenczas wszyscy nabieraliśmy powietrza w płuca i wsysaliśmy brzuchy, by na ''trzy cztery'' dokonać wspólnego obrotu.
Był to najbardziej uroczy biwak w moim życiu, a wszelkie doznania emocjonalne i cielesne zapamiętam po kres swoich dni.
Nazajutrz okazało się, że powodem tak mocnego oddziaływania siły grawitacji i siły ciążenia było lekko pochyłe legowisko, po którym bezwładnie zjeżdżaliśmy na siebie, wgniatając wszystkie kończyny w cudze kończyny i miażdżąc szczęki o cudze szczęki. Niemniej, tak ekstremalny nocleg w górach nie przytrafił mi się dotąd nawet w szczycie sezonu w Stawach.

Od wczesnych godzin nadrannych już nie spałam. Czuwałam, oczekując kiedy któreś z nich się zbudzi i podejmiemy decyzję o wyjściu. Ci jednak nie wyglądali, jakby mieli się budzić.
Może się podusili? Może im czarcie ziele wpadło do wrzątku? Ani myśleli zrywać się przedwcześnie i zanurzeni w błogostanie swoich sennych wizji, oddawali się czystej przyjemności odpoczynku.
Wreszcie, gdy zaczęło świtać, odchrząknęłam dwa razy, wydostałam się z kleszczy i zaszeleściłam opróżnioną torbą po liofie, co zdeterminowało ich mózgi do powrotu w górską rzeczywistość. Powstawaliśmy, pozbieraliśmy swoje manele, popakowaliśmy sprzęt, posililiśmy się ostatni raz, uporządkowaliśmy miejsce noclegu, przywracając go do stanu sprzed naszej wizyty i wyszliśmy na zewnątrz.


Obiegł mnie dwusieczny dreszcz, gdy moim oczom ukazały się bałwany śniegu, otulone ze wszech stron gęstą mgłą, przysłaniającą dookolne szczyty. Nikt z nas nie spodziewał się w tym dniu załamania pogody. Wszelkie prognozy wskazywały na to, że mamy jeszcze dwa dni okna pogodowego. Góry okazały się być bezlitosne, a mgła zamiast opadać, rozścielała się coraz gęściej i szerzej. Dodatkowo odczuwalna temperatura była niższa i chwilami zaciągał lekki wietrzyk. W nocy chyba nawet delikatnie sypnęło, bo nasze ślady zdawały się jakby mniej wyraźne.
Długo wpatrywaliśmy się w niebo, próbując je odczarować z zgubnego fatum, jednak to nie skutkowało, a czas uciekał i zmuszał nas do podjęcia kolejnych trudnych decyzji.
Aro uczulił, że są małe szanse, żebyśmy w zaistniałej sytuacji zdołali stanąć na szczycie, albo dotrzeć chociaż na wysokość, z której można będzie ocenić warunki na nim panujące.
Mimo wszystko, zdecydowaliśmy wyjść wyżej z uwzględnieniem możliwości wycofu. Odetchnęłam z ulgą, bo obawiałam się, że wobec tych okoliczności, reszta zespołu podejmie bezdyskusyjną decyzję o zejściu i nawet nie zainicjujemy próby przekonania się, czy są jakiekolwiek szanse, by pojawiło się okno pogodowe, pozwalające na dalsze bezpieczne zmierzenie z górą.
Nie chciałam schodzić, chociaż liczyłam się z ryzykiem. Nie chciałam dopuścić do siebie myśli, że zimowe Alpy mogą nas w tak niesprawiedliwy sposób przechytrzyć, a my, zamiast wchodzić na Grossvenedigera, całować będziemy każdy ślad na śniegu, którego w najlepszym wypadku nie zasypie jakaś śnieżyca.
Poza tym nadal czułam się w pełni sił fizycznych i psychicznych, by kontynuować wejście, co potęgowało we mnie chęć podjęcia każdej, nawet chybionej próby. Dobra passa nie opuszczała mnie ani na chwilę. Założyłam rakiety na buty i ruszyłam przed siebie, żeby ponaglić w ten sposób współtowarzyszy do marszu. Po chwili doszli do mnie i wystartowaliśmy. Zaraz później odwróciłam się i znów widziałam, że przystanęli, pogrążeni w debatach. Nie wróżyło to dobrze. Prawdopodobnie nasze szanse z każdą chwilą malały, jednak mnie do końca nie opuszczał optymizm.
Maszerowaliśmy już długo, przeprawiając się przez kołduny śnieżne, przysłonięte mgłą i trawersując ich zbocza w odpowiednich od siebie odstępach, nabieraliśmy stałego tempa. Ewka nadal nie czuła się dobrze, choć może nieco lepiej, niż dnia poprzedniego.

Białe grzbiety śnieżne zastygły w swej urodnej naturze, wchodząc krańcami w gęstość mgły, która je otulała przedziwnym, tajemniczym nastrojem. Wobec ich istoty niczym była wiedza, przygotowanie, zdolności psychiczne, energia fizyczna czy inne arkana sztuki przeprawiania się przez zimowe góry.
Góry to potęga; niezmierzona i nieopisana. To przestrzeń dla wizjonerów, mających przeczucia innych światów, niż tylko ten toczący się zwykłą koleją losu w nizinach. Góry to mistyka.



Dotarliśmy wreszcie na niewielkie wypłaszczenie, gdzie mgła zalała całkowicie krajobraz wysokogórski. Podczas, gdy ja maszerowałam wśród tej bieli za śladem założonym przez Patryka, Ewka z Arkiem zamykali nasz pochód. Zza pleców dobiegały mnie odgłosy dyskusji. Tak podskórnie czułam już, co się święci. Nie ma szans na wejście. Już wszyscy zdążyliśmy dojść do tego wniosku w swoich głowach, jednak do ostatniej chwili każdy odwlekał  wypowiedzenie tego na głos.
Wreszcie klamka zapadła. Warunki są zbyt ciężkie, a im bliżej szczytu, tym prawdopodobniej gorzej.

Ewka, wyraźnie zadowolona z rozsądnych uzgodnień, pochwaliła decyzję o odwrocie. Jej organizm nadal się nie zregenerował w pełni. Poza tym nastawienie psychiczne w takich warunkach osłabiło się w całym zespole. To była najsłuszniejsza z możliwych decyzja; wracamy.
Stałam przez chwilę w zadumie, rytmicznie nakłuwając końcem kijka teleskopowego śnieg. Z jednej strony czułam niewysłowiony żal, że warunki się tak niespodzianie pogorszyły, odbierając nam nadzieję na dalsze działanie, z drugiej strony próbowałam się pocieszyć myślą, że wszyscy prawdopodobnie bezpiecznie zejdziemy z gór. Zostawał też inny, pocieszający aspekt; przeżyliśmy odlotowy biwak w szopie dla bydła alpejskiego.
Postanowiliśmy się na jakiś czas rozłączyć. Panowie spróbowali podejść jeszcze trzydzieści minut do przodu w celu zrobienia małego rekonesansu terenu, zaś ja zaczęłam z Ewką powoli schodzić w dół, gdzie w umówionym miejscu mieliśmy się potem wszyscy spotkać na ostatnim posiłku i gorącej herbacie.
Ostatnie wspólne zdjęcie, wykonane później, podczas schodzenia w obręb lasu

Gdy Aro z Patrykiem zniknęli nam z oczu w gęstwinie mgielnej, przystanęłyśmy na jakiś czas, by ostatni raz rozkoszować się klimatem Alp. Właśnie wtedy doznałam kolejnego zaćmienia, krotochwilnej psoty, która już kilka razy przytrafiała mi się w górach, choć dotąd przeważnie w Tatrach.
Spoglądając w mgłę, wiszącą dokoła, zdawało mi się, że widzę przysuwające się do mnie niebieskie widma o blado czerwonej otoczce. Ilekroć próbowałam przekonać swój umysł, że jedynym panującym dokoła kolorem jest biel, te nieustępliwie wracały. Raz po raz zamykałam i otwierałam oczy, aż wreszcie wpadłam w trans rytmicznego mrugania.
Gdy sugerowałam Ewce, że coś takiego ma miejsce, ta skwitowała, że głowie mi się porąbało od nadmiaru wysokości i zanurzyła się w eksplozji głośnego śmiechu, po czym wyznała, że mam kakaowe oczy, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że jednak doskonale radzi sobie z rozróżnianiem barw. Najwidoczniej cierpię na górską nerwicę natręctw.
To była długa, wyborna wymiana refleksji, które ja zwykłam nazywać filozofią życia.
Każda z nas ma inną. Jesteśmy całkiem różniącymi się od siebie stworzeniami; Ewka jest bardziej podminowaną istotą o temperamencie góralki z krwi i kości, z trzeźwością umysłu patrzy na rzeczywistość i wszystko, co ją otacza, umiejąc przy tym cierpliwie znosić moją euforyczną naturę ze skłonnościami do romantyzmu, wrażliwości duchowej i zaklęcia ze szczęścia.
Nie wiem, jak my się dobrałyśmy, jednak, o dziwo wszelkie przeciwieństwa, które nas różnią w górach stają się wspólnym mianownikiem do ich przeżywania.
Pamiętacie pewnie nasze wejście na Mięgusza, które odbywało się w tym samym, czwórkowym składzie? Zacytuję.
''Nie sposób opisać jak bardzo różnimy się z Rudą, ale chyba właśnie ten kontrast nas tak uzupełnia. Jest jednym z najlepszych partnerów, z jakimi łaziłam kiedykolwiek po górach. Po prostu dziewczyna diament z giwerą w zębach.
Jak to leciało?
Rozmarzona Justyna, spoglądająca z nostalgią na góry: ''A tam gdzieś w chmurach jest nasz cel... a tu są różowe chmurki...''
Zdezorientowana Ewka: ''Tak. Ona widzi pogodę i różowe chmury a ja widzę jedno wielkie szare gówno... i tu jest dylemat.''

Po długiej drodze w dół, dotarłyśmy wreszcie do ''szopy dla alpejskiego bydła'', by trochę się ogrzać i pożegnać z tym uroczym miejscem w jak najpiękniejszy sposób.
Zawsze chciałam to zrobić. Teraz miałam okazję. Puściłam na odtwarzaczu muzykę klasyczną, zabrałam Ewkę na wielką, śnieżną zaspę przed zagrodą i zaczęłam tańczyć. Zdumiona Ewka o dziwo podzieliła mój romantyczny nastrój i postanowiła zatańczyć razem ze mną.
Dzikość duszy. Ekstatyczny dreszcz. Romantyczne nastrojenie. Szaleństwo. Śmiech. Łzy radości kotłujące się pod powiekami. Ta chwila wyzwolenia i radości zawsze pozostanie bliska memu sercu.
Niestety nie trwało to długo, bo zza górki właśnie wyłonili się Aro z Patrykiem, schodzący z góry, a, że im chciałam oszczędzić swych ekstatycznych odlotów, tańca zaprzestałam.

(Filmik poniżej)


Teraz czas schodzić z gór... Z nowym doświadczeniem, z pokorą, z determinacją, by niedługo wrócić tu w lepszych warunkach. Jest pięknie. Jest dobrze. Jest tak kojąco.

To niestety pożegnalna wyprawa. Wprawdzie żegnałyśmy się już początkiem stycznia w Tatrach, ale całe szczęście miałam okazję raz jeszcze towarzyszyć Ewce - temu uroczemu stworzeniu - w górach.
Teraz ona wyjeżdża za granicę, gdzie chce trochę pomieszkać, a ja zostaję tu, z dobrym wspomnieniem wszystkich dni, jakie dotąd spędziłyśmy razem w górach.
Ciężkie to rozstanie, chociaż wiem, że z Ewcią jeszcze niejedną górę w życiu razem zrobimy, że jeszcze tu wróci, że jeszcze ja odwiedzę ją tam, gdzie poniesie ją los.
Przed laty połączyła nas pasja do gór. Dziś czuję, jakby wbrew wszelkim różnicom, łączyło nas coś więcej, jakieś nieopisane pokrewieństwo dusz.
Trzymaj się Ewcia, życzę Ci wysokich szczytów i bezpiecznych dróg, gdziekolwiek będziesz. Zawsze będę na Ciebie czekać w Twych ukochanych Tatrach z świeżo naparzonym wrzątkiem i różową chmurką na niebie. Justak.







Bieszczadzkie Into the Wild... czyli opowiadanie o wilczej drodze dziwnych i niedziwnych ludzi

Bieszczadzkie Into the Wild... czyli opowiadanie o wilczej drodze dziwnych i niedziwnych ludzi

Zawsze miałam pociąg do tej krainy, do rozwleczonych na horyzoncie wzgórz, do lasów smaganych wiatrem, do traw pachnących jagodami i deszczem, do dymiących mgieł, które uchodzą ponad koronami drzew po przejściu ulewy i chociaż nie mieszkam w samym sercu legendarnej ziemi, ani nie posiadam choćby mizernego gruntu na jej terytorium, świadomość, że styka się ona z moją, pogórzańską ziemią, jest wystarczającym powodem do chełpienia i pocieszania się myślą, że coś nas jednak łączy.
Nie myślę wcale przejaskrawiać - chociaż prawdopodobnie to czynię - mówiąc, że mieszkam w Bramie Bieszczadu, że stąd już tylko krok, chwila, rzut beretem. 
Codzienność ludzi żyjących w Bieszczadach, mimo, że leżą nieopodal, jest zupełnie inna od codzienności zamieszkujących pogórza i całą Rzeszowszczyznę. 
Bieszczady to Bieszczady. Nie sposób przytomnie o nich myśleć. Nie sposób jest je opisać.

Można je tylko czasem poczuć w drżeniu piersi, uderzeniach serca, przyspieszonym oddechu i błogiej kontemplacji na szczycie.
Nieraz zakradają się pod spuchnięte powieki, bywa też, że wplatają się promieniami słonecznymi w łuk obojczyka, a jeszcze innym razem natchną zapachem apaszkę powiewającą na szyi, kamyczki schowane w kieszenie i kawałki kory zwisające jak amulety między palcami.
Wejście w połoniny to uroczystość dla ducha.



Kiedyś ktoś zapytał: Jakie tak właściwie są Bieszczady? Dlaczego wszyscy o nich wiele opowiadają, ale nikt nie dotyka sedna?
Myślę, że nie można dotknąć tego, co jest niewidoczne dla oczu. Nikt z nas nigdy nie zdoła zgłębić tej najskrytszej prawdy, którą nazywamy potocznie ''duchem gór''.
Istnieje jeden tylko sposób; trzeba wyjść ku naturze, dotknąć w niej samego siebie, zbudzić się, otworzyć swoje zmysły i poczuć ją wyraziście, bardziej i mocniej.
Nie wyrazimy językiem, ani nie opowiemy za pomocą najzgrabniejszych metafor tego, co doświadczyliśmy, ale jedno jest pewne: one od tej chwili będą w nas żyć. Właśnie na tym polega cały sens gór. Wciąż zdumiewają, wciąż wzbudzają pytania, ale zawsze pozostaną milczące.

Czasem dotyka mnie niemożebna pustka i przenika cisza. Zaszywam się na łonie przyrody. Lekki uśmiech kładzie się mimowolnie na wargi. Myślę sobie wtedy, że to trochę tak, jakbym wracała do siebie. Tam wyostrza się cała moja percepcja i zdolność do robienia z niej dobrego użytku. Przestrzeń daje wolność, dzikość uzdatnia prawdziwą, wewnętrzną naturę człowieka a ta przybliża do prostych instynktów.
Na nieszczęście i na szczęście zawsze kiedyś przychodzi czas pożegnań, w którym to człowiek uzmysławia sobie, że tak w rzeczywistości nigdy nie był u siebie. To smutne, ale jesteśmy tylko przechodniami na przestrzeni czasu.
Wiem, że nic nie należy do mnie, ani ja nie należę do niczego; żadne miejsce, czas, sposobność. Ja się tylko zdarzam, przede mną się zdarzali i po mnie będą się zdarzać.
Goszczę na obczyznie, do której przywykłam. Czuję się, jak banita, chociaż nim nie jestem. Z drugiej strony, wypieram myśl o tym uczuciu, bo każdy podręcznik od najmłodszych lat uświadczał mnie w przekonaniu, że tu jest zródło mych korzeni. To mój dom, moja ziemia, moje wszystko... i moje nic.
Jestem rozdarta. Wciąż szukam Własnego M.



Zdaje się, że takich wypłoszy, co to wypatrują spokojnego przyczółku, jest więcej. Są nimi np. tzw. bieszczadnicy. Krąży wokół tych ludzi niejedna legenda, wyrażana w sztuce, tworzącej kulturę Bieszczadów. Napisano masę piosenek i wierszy, opowiedziano szereg anegdot związanych z wilczym usposobieniem tych nieprzyzwoicie zapatrzonych w niewidzialną otchłań.
Zdarzało się, że z takimi przysiadywałam przy wspólnym stole, słuchałam rozmów, szeptów, albo nieszczęsnego milczenia. Niektórzy chętnie i z sentymentem przytaczali swe koleje losu,  inni uciekali wzrokiem na samą myśl o minionych latach. Chociaż tyle z nimi przeszłam, przegadałam, przemilczałam - wciąż nie wiem, kim są i kim byli.
Wiem tylko, że wielu z nich przeżyło prawdziwe Into the Wild i jak Chris McCandless, rzucili wszystko, wyjechawszy w głusz. Zostali tam na zawsze.

Gadałam z tymi, co znali samego śp. Majstra Biedę. Wrósł on w ludzkie wspomnienia tak samo, jak w Bieszczady, został obecny w gawędach i pieśniach, jednak czy tylko jeden żył na tej ziemi Bieda? A no nie...
Podczas lat swojej włóczęgi przez tę krainę poznałam wielu rozbitków życiowych, o których śmiało można by było napisać ballady i przekazywać je przyszłym pokoleniom.
Jednym z takich osób był stary Staśko, co go los postawił na mojej drodze tego lata w małej, ustronnej wiosce, gdzie przybyłam ogrzać się przy ogniu, wokół którego spotykali się różnej maści  rozbitki, outsiderzy, wędrowcy z niebieskimi ptakami, łotrami, muzykami, zakapiorami i samotnymi wilkami, by przez chwilę zakosztować stadnego życia.



Dotąd nie znam powodów, dla których ten starzec przychodził wieczorami do ogniska, wsłuchiwał się w brzmienie bębnów i muskany tabunem głosów śpiew. Wiem tylko, że równo opalał wszystkich z papierosów, a gdy te mu się kończyły, upewniał się, czy każdy wie, kim był Ricky Starr.  Potem godzinami dyskutował z młodymi, sprawiając wrażenie bardzo przejętego swą rolą wśród nich.
Najbardziej jednak w pamięć zapadła mi krótka wymiana zdań, która niech pozostanie puentą tego, o czym zaraz napiszę:
Ja - Skąd pochodzisz Stasiek?
Staśko - Nie pamiętam, gdzie się urodziłem.
Ja - A pamiętasz ile masz lat?
Staśko  - A, to nie wiadomo...
Obserwator I - W Bieszczadach czas inaczej płynie!
Obserwator II - On się dopiero co urodził przecież!
Staśko - Salut!

Chociaż wiem, że to bardzo modne nazywać Ludzmi Bieszczadu tych tylko, których korzenie wyrosły wśród drzew leśnych, w których zamiast krwi płyną wody Soliny, tych, co z dziada pradziada przysposabiali tę Ziemię i znają ją, jak nikt inny, w duchu zawsze zastanawiam się, kim rzeczywiście są Bieszczadnicy.
Nie każdy bowiem, kto wychował się w otoczeniu lasu, dotknięty jest jego aurą. Dla mnie zawsze nimi będą Ci właśnie, co przemierzyli wiele krain geograficznych, jednak zakochując się w południowo-wschodnim krańcu Polski, postanowili rzucić wszystko i spędzić resztę swojego życia tu, gdzie diabeł mówi dobranoc. Znam paru takich. To niezaprzeczalni dziwacy i samotnicy; głównie starszego pokolenia.
Nam, nakarmionym szlagierami, wydaje się, że też jesteśmy Bieszczadnikami, bo znamy te góry, zachłannie karmimy nimi oczy, przemierzamy kilometry tras, zdzierając na nich podeszwy. Potem jednak wracamy do swoich domów, do ludzi, do dużych miast.
Ten rodzaj miłości do gór jest po prostu turystyką i nie ma nic wspólnego z prawdziwym Into The Wild. Ja też jestem Po Prostu Turystką, chociaż ułańska fantazja, wiadomo, czasem podpowiada, że fajnie byłoby się nazwać bieszczadnikiem.
Nie znaczy to, że nie marzyłam, żeby kiedyś porzucić cywilizację i nie spędzić reszty życia na wigwizdowiu, jednak tylko na płonnych nadziejach póki co się skończyło, a moje Into the Wild poszło na kompromis z chlebem powszednim. Tak w końcu pogodziłam się z losem pospolitej turystki z pogórza, osiedlonej jedną nogą w Bramie Bieszczadu, drugą w ekspansywnej cywilizacji.
Żyję.

Bieszczady są moim osobistym katharsis. Deptanie szlaków jest cudowne, wpatrywanie się w tych wszystkich rozkochanych górami jest cudowne, ale najcudowniejszym uczuciem jest znikanie na kilka dni w gęstwinach lasu, z dala od spraw cywilizacji i znoszenie tylko obecności samego siebie - ucywilizowanego, wypełnionego cywilizacyjną logiką człowieka, który, chociaż wyłącza na ten okres zaszycia się telefon komórkowy, żeby udowodnić sobie, jak bardzo się odcina od rzeczywistości, w czarnej godzinie przecież właśnie do tej samej cywilizacji się zwróci.
Pomijając wyłączony telefon, wrzucony na dno plecaka, istnieje coś takiego, jak prawdziwe, osiągalne i błogie katharsis.
Moim katharsis są dzwięki zwierząt nocy, palta szarych, gęstych mgieł, rozścielających się nad polanami, gdy zmierzcha, faktura kory drzewa, zaplecionego o drugie drzewo i rudy lis, dotrzymujący mi towarzystwa przy płachcie. Moim katharsis jest dotykająca cisza, samotność, głusz.

Bieszczady to takie góry, w które wychodzę, gdy chcę pomyśleć.

Podczas ostatniego mojego pobytu w Bieszczadach, a było to - o zgrozo - aż latem, gdy jeszcze niebo tliło się ciepłymi kolorami zachodów słońca, a trawy kołysały się na łagodnym wietrze, przemierzałam przez wiele dni skrawki lasu, przesiadywałam nad rzeką, czerpałam sił z życiodajnego powietrza.
Chociaż w małych, bieszczadzkich wsiach napotykałam na swojej drodze ludzi, widywałam znajome twarze, zasiadałam z niektórymi przy jednym ognisku, strugałam kije, piekłam kiełbaski, dzieliłam się chlebem, nie byłam tak naprawdę nigdy do końca częścią tej zrzeszonej ferajny. Czułam się, jak zwykle, bardzo sama.
Mój świat wewnętrzny przybierał różnych wymiarów; od tych radosnych uniesień, powodowanych przebywaniem w ukochanym miejscu po te skrajne, wypełnione dramatycznym milczeniem i marazmem. Tylko trawy kołysały się, jak widma na wietrze i oddech spowalniał, gdy ciało przez chwilę donikąd nie gnało.



Pewnego wieczoru - a mowa o tym samym wieczorze, podczas którego spotkałam w górach dwójkę turystów próbujących przezwyciężyć lęk przed zjawami nocy, a którzy to przyprawili mnie o zawał serca stukotami i gęgami, mającymi na celu odstraszenie niedzwiedzia - zeszłam wreszcie z gór, nadal cała i o dziwo bez uszczerbku na kondycji psychicznej, jednak jedyne o czym wtenczas marzyłam to zapadnięcie w długi, niekontrolowany sen.
Właściwie nie wiem, co ja robiłam tyle dni w tej głuszy. Przybyłam tam prawdę mówiąc po to tylko, żeby siąść przy ognisku i posłuchać koncertu Pawła Czekalskiego (Aldarona). Jego gitara i harmonijka zawsze towarzyszyły mi na szlakach w ramach kontemplacyjnych odsłuchów. Skończyło się jednak, jak to zazwyczaj kończy w Bieszczadach - zostałam na dłużej.
Paweł to człowiek wrośnięty swoją muzyką w las, naturę, nieucywilizowaną stronę duchowości.
Muzyka jest moją ogromną pasją i chociaż na co dzień robię odsłuchy głównie muzyki klasycznej, poważnej i piosenki literackiej oraz poezji śpiewanej, gdy jestem w górach, otaczają mnie ludzie z przenośnymi instrumentami, łączy nas wspólne odczuwanie natury, to i ja sięgam po piosenkę turystyczną, bo cóż lepiej może brzmieć, jak śpiewanie o tym, co nas tak bardzo tu przyciąga, co cieszy i co martwi, co zrzesza.

Paweł wyjął gitarę i harmonijkę, rozsiadł się na drewnianym podeście jednej z moich ulubionych karczm, obok przysiadł Baranek z bębnem, a akompaniował im Jarecki z drugiej gitary.
Długimi godzinami słuchałam znajomych piosenek o tym, jak to nas coś ''tutaj trzyma, chociaż niby tu nic ni ma, Ustrzyki Górne, Wetlina, trochę dalej Ukraina''.

Potem Baranek zaśpiewał tę starą, piękną piosnkę Bar w Beskidzie, którą pierwszy raz zasłyszałam lata temu na jednym ze spotkań AKT Watry Gliwice, gdzie gościłam za pośrednictwem znajomego P.Głogowskiego, byłego przewodnika beskidzkiego, który to zawsze przytaczał żartobliwie, że zalicza się już do grona Mamutów górskich, a w co wtedy zupełnie nie chciało mi się wierzyć, widząc werwę i chęć do życia, wypełniającą jego oczy, przysłonięte srebrnymi brwiami. Dziś, z perspektywy czasu chyba rozumiem, co miał wtedy na myśli. Wszyscy powoli mijamy. Czasem aż trudno uwierzyć, że dzieje się to tak szybko, że nadchodzi niespodzianie, czasem przedwcześnie. Człowiek orientuje się, że czas, zamiast zwalniać, jak to bywało do tej pory, zaczął bardzo przyspieszać.
Życie bywa kielichem wypełnionym tylko do połowy.

Nazajutrz posłuchałam trochę refleksji odnośnie sztuki i natury, którymi podzielił się Paweł, wzięłam od niego płytę z utworami i zaszyłam się na odosobnieniu, żeby trochę pomyśleć.

Pamiątkowe zdjęcie z Pawłem Czekalskim, bardem Bieszczadu
Zdążyłam tego dnia wrócić do domu, tam dojść do wniosku, że za mało mi jeszcze tych gór i tej mojej głuszy, spakować się drugi raz i znów przyjechać. 
Wszyscy jakoś powoli przetaczamy się przez ten kaganiec cywilizacji, założony nam na dusze i jak pisał Staff; ''ażeby zostały po nas jedynie ślady na piasku i kręgi na wodzie''.

Po kolejnym dniu wędrówki pasmami połonin, zeszłam dalej do swojej górskiej wiary i rozsiadając się miedzy nimi, zasłuchiwałam się w gwarze gawęd i skwierczeniu ogniska. Było tam blisko dziesięć różnego kalibru bębnów, kilka gitar, a nawet ktoś wyjął harmonijkę. Śpiewom i graniom nie było końca.

Mnie zaś okrzyknięto Bieszczadzką Indianką. Nie wiem dotąd, czy zawdzięczałam to piórom, opadającym z opaski, oplatającej moje czoło, stylizowanej kamizelce, czy może dzikiej, wyobcowanej naturze. 


Jakkolwiek nie byłabym zachwycona takim przydomkiem, nie potrafiłam wyzbyć się uczucia, że nawet Indianie żyją w plemionach, są ludzmi stadnymi, a ja w tych przybranych plemionach, przychodzących i odchodzących, rozwijających się i przemijających, przekształcających się nieustannie na przestrzeni czasu, jestem i zawsze już chyba pozostanę genetycznym samotnikiem.

Z każdym rokiem przyglądam się, jak kolejna gwiazda gaśnie, jak coraz mniej zostaje chwil, a coraz więcej odchodzi w wspomnienie, że oddech czasu rysuje coraz gęstszą sieć bruzd, że choć jeszcze nie wszystkie widoczne, kiedyś przyjdzie moment odpowiedniego światła księżycowego, uwypuklający daty minione.
Nieraz zdarza się - na szczęście - że czas zatacza krąg i wszystko przeżyć można jeszcze raz, jakby i nad naszym nieobliczalnym losem czuwały niesłyszalne, choć odczuwalne zapisy fonograficzne.
Wracamy. Doświadczamy tych samych miejsc i przestrzeni. Wsłuchujemy się w nie.

Ja tego wieczoru przez długie godziny wsłuchiwałam się w delikatny trzask ognia, wokół którego zasiadali gawędziarze, pieśniarze, muzycy, turyści - ludzie stadni.
Widziałam, ile w nich było życia i ile nieżycia.
''Samotność płynie szerokimi rzekami'' - śpiewała tłumom w latach sześćdziesiątych Ewa Demarczyk, wbijając swoje charakterystyczne, szklane spojrzenie w jeden, najdalszy punkt na sali, położony gdzieś nad głowami ludzi. Nigdy nie patrzyła im w oczy. Czarny Anioł robił swoje: śpiewał, poruszał, schodził ze sceny, i już go nie było. Z ludzmi zostawała jedynie cisza, trochę milczenia, odgłos braw albo łez.
Ten ogień był, jak oczy Demarczyk, oglądane nieraz przeze mnie na taśmach; obecny wśród ludzi, zrzeszający ich, wprawdzie widoczny, jednak całkiem nieobecny i nienamacalny.
Potem ognisko gasło, niektórzy zasypiali przy nim, inni rozchodzili się nad ranem do swoich namiotów, a jeszcze inni chronili ciała pod płótnem nadzianym na ułożone w stożek pale na wzór indiańskiego wigwamu.


Ja czuwałam do końca, do ostatniej iskry, czekając, aż zacznie świtać, a światło dnia ukaże chłodny, karmazynowy żar spalonego drwa. Jestem zwierzęciem nocy.


Nazajutrz zbudzeni biesiadnicy wracali do ognia, dokładali drwa i witali się chrypliwą intonacją. Niektórzy usadawiali się w milczeniu, jakby jeszcze korespondowali na jawie z Bieszczadzkimi Aniołami, pochowanymi w szarych kniejach snu.
Uderzeń w bębny nie było końca. Pierwotny dzwięk, rytmicznie wydobywał się spod palców ucywilizowanych ludzi, uderzających w jeden z najstarszych instrumentów świata. On już żył we mnie i nawet, gdy przez chwilę wokół zapadała jakaś nieznajoma cisza, ja wciąż słyszałam uderzenia głośne, drżące, krzyczące. Miałam też wrażenie, że nawet moje serce zaczęło bić w rytmie bębnów, że zrenice pulsują w rytmie bębnów, że stopy podrygują w rytmie bębnów.

Moje poranki przesiąknięte były marazmem a tym przychylniej przybierały aurę otoczenia,  poddając się jej naturze, im bardziej ja popadałam w nieważkość.
Przed ósmą chadzałam nad rzekę, gdzie w otoczeniu bujnej zieleni lasu i błękitów nieboskłonu, wsłuchiwałam się w jej narowisty szum. On też pulsował rytmem bębnów. Byłam już tak bardzo nim wypełniona, że odeszły z mej głowy wszelkie myśli i kreacje świata. Ogarnęła mnie dojmująca pustka.
Usiadłszy na samym środku rzeki na wystającym głazie, wtuliłam skórę stóp i rąk w jej zimny nurt. Oddychałam.
Woda rozpierzchała się wokół kostek, wkraczała między palce, dotykała łydek i wznosiła się coraz wyżej i wyżej, chlapiąc spodnie od piżamy. 


Fale pulsowały, słońce wchodziło w ich siność, wiatr rozdzierał je i sklejał. Nad brzegiem rzeki rozpaliłam własne ognisko, blado kwitnące w promieniach gorącego słońca i dymiące, jak las po soczystej ulewie. Przyniosłam z swojego zaplecza żywności kawałek kiełbasy i aromatycznego chleba, po czym upiekłszy frykasy, powróciłam na sam środek rzeki, wyjęłam z wody głaz, obsuszyłam w słońcu i czyniąc sobie z niego talerz, posiliłam się.



Nie uwierzycie, jak znakomicie pachnieć może zwykły kawałek chleba, zjedzony w tak niezwykłych okolicznościach. Doceniony zostaje każdy walor, faktura skórki a nawet miękkość środka. To posiłek przesiąknięty zapachem rzeki i zapachem głazów. To otwarcie całego spektrum możliwości języka i podniebienia, a nade wszystko otwarcie się na prostotę, której tak bardzo brakuje w codzienności poza-górskiej, a która to zmusza nas do radykalnego dzielenia wszystkiego na to, co nas zadowala, a co trochę mniej. Mnie w codzienności poza-górskiej zdecydowanie bardziej zadowalają komplikacje kuchni włoskiej; zwracam większą uwagę na różnorodność faktur w posiłku, akcentów smakowych i cały wykwint. Poza tym jestem po prostu makaroniarzem.
Na łonie natury czas toczy się inaczej; przedmioty stają się zbędne, rarytasy przestają mieć znaczenie, zmysły funkcjonują w oparciu o inne bodzce. To przyjemna, choć tymczasowa odmiana.



Znad rzeki chadzałam do strefy chilloutowej, w której przed dziesiątą spotykano się na pogawędkach o filozofii, życiu i kolejach losu.
Strefa chillout była niczym innym, jak niewielką łąką nieopodal rzeki i tipi. Między pniami drzew dyndały pstrokate płótna hamaków, na których można było spocząć, zebrać myśli lub wyciszyć się.
Właśnie podczas takiego dyndania w hamaku, gdy to rozprawiałam się z demonami bębnów, grających nieustający dzwięk w mojej głowie, spotkałam kolejnego dziwnego człowieka a imienia jego nie pamiętam, bo, chociaż przegadaliśmy dwie godziny, zdaje się, że nigdy się sobie nie przedstawiliśmy.
Był starszym, herkulesowatym, pleczystym mężczyną o długich, szarzejących włosach, spiętych w samurajskiego koka. Miał szpakowaty nos, krzykliwe zmarszczki wokół oczu i obrzępalski wygląd odzienia.
Spostrzegł mnie na jednym z hamaków, gapiącą się w przestwór nieba. Przytargał ze swojego namiotu niewielkie, brudnozielone krzesełko rybackie, rozłożył na wprost i zaczął bez słowa wstępu opowiadać o swoich przemyśleniach egzystencjalnych. Zdumiona, przez długą chwilę milczałam, nie odgadując zaraz, że ten przemawia do mnie, ale po chwili bacznie mu się przyjrzałam i zapytałam, kim właściwie jest.
Zamyślił się w odpowiedzi na moje pytanie. Wpatrywał się w chuderlawe kępy trawy, wystające między stopami, a stopy miał duże, bose, zakurzone i okalone błotem. Trawa swą zielonością dodawała im akcentu życia i odwracała uwagę od mocno uwypuklonych, grubych żył, które wiły się pasmem serpentyn pod wiotką skórą.
Widać jednak było, że jego fasada jest wynikiem pewnej metodyczności, a ów człowiek, jeśli nie panisko to przynajmniej eks potentat w skórze bieszczadzkiego łotra.



- Jestem bardzo złym człowiekiem. - Szczęknął, rzucając niepokojące, bezpośrednie spojrzenie wprost w moje oczy. Przeszył mnie dziwny dreszcz. Zaraz wzięłam na spytki jego coraz to pikantniejsze, acz oziębłe myśli filozoficzne, bo nie chciałam dać wiary w fatalistyczne światło, w jakim postanowił się przedstawić, jednak ten za każdym razem jedynie marszczył gniewne brwi i zaciskał coraz mocniej wargi na bibułce od papierosa. Ciągnął dalej brutalne wynurzenia, dotkliwie przewiercając się przez płaszczyznę ludzkiej egzystencji, gdy wreszcie wspomniał na bezwzględność ludzką, w tym swą własną, zapoznając mnie z mroczną stroną życia, przy czym robił to w sposób tak uchylający, stosując zgrabne przejścia i pominięcia, że w rezultacie nie wydedukowałam puenty tej naszej rozmowy. Jedno tylko utkwiło mi w pamięci.
- Dlaczego jesteś złym człowiekiem? - Interpelowałam. - Przecież zli ludzie nie wychodzą w góry. Zli ludzie nie posiadają wrażliwości na piękno przyrody. Niewielu jest złych ludzi.
- Jestem bardzo złym człowiekiem. - Powtórzył półkrzykiem. - Potrafię nienawidzić. Szukam zemsty i kiedyś miarka się przeleje. Nie znam litości. - Obwieścił rzucając to samo niepokojące, bezpośrednie spojrzenie wprost w moje oczy.
- Czego zatem szukasz w górach? - Spytałam zrozpaczona tym wywodem.
- W Bieszczadach odpoczywam w przerwach między szukaniem zemsty a nienawidzeniem. -Zachichotał, rozluzniając zmarszczone brwi.
Pamiętam też, że nawet przez chwilę na jego twarzy zarysował się litościwy uśmiech.
Nie wiem, kim był ten człowiek, dlaczego nosił związanego koka, dlaczego gniewnie zaglądał w oczy, by potem łagodnie się uśmiechać. Wiem tylko, że w Bieszczadach odnalazł własne Into the Wild i dlatego rokrocznie wracał w te góry, zaszywając się na wiele tygodni w otoczeniu przyrody, by czasem, jak wszyscy ucywilizowani, wejść wśród obcych ludzi, przysiąść przy jednym ognisku, albo dosiąść się do czyjegoś hamaka i porozmawiać o życiowej udręce.

Czesany w koka nie był jedynym ucywilizowanym dzikusem, jakiego spotkałam w Bieszczadach podczas tamtego pobytu.
Widziałam dwie dziewczyny z poczochranymi włosami, ubrane w popielate, rozciągnięte swetry i długie w kostkę , szerokie spódnice, które tańczyły na polanie, wyginając ciała, a pochylając głowy nad ziemią, grzbiety prężyły jak zaszczute zwierzęta. Nie grała tam żadna muzyka. Było słychać tylko świst wiatru.
Spotkałam paralotniarza, który wchodząc między krąg muzyków i dynamicznie  gestykulując rękoma, wykrzykiwał w linii melodycznej jednej z piosenek Dżemu: ''W życiu piękne są tylko Bieszczady!''.
Trafiłam i na scenę prania w rzece za pomocą kijanki w postaci kija. Ostatni tak autentyczny, nie pokazowy lecz instynktowny obraz w Polsce widziałam, będąc jeszcze malutkim dzieckiem, a było to na wsi, gdy jeden mężczyzna, chorowity i upośledzony w niewielkim stopniu, upierał rzeczy w rzece, wyjąc przy tym i wymachując triumfalnie kijem. Nie chciał dopuścić do siebie myśli, że mógłby zrobić pranie w popularnej wtedy Frani, ponieważ bał się jej mechanicznego dzwięku.

Gdy wchodziłam w krąg umuzycznionych, równie prędko zdawałam sobie sprawę, że wszyscy jesteśmy trochę Chrisami McCandlessami nowego tysiąclecia.
Jednego razu, ucząc się grać na harmonijce, którą wetknął mi w ręce jakiś szwendyłapa, ujrzałam jak wokół Baranka, co to wcześniej śpiewał Bar w Beskidzie, zasiadło paru nastoletnich dzieciaków, niewyklutych, ale niewątpliwie uzdolnionych artystycznie. Każdy z nich był synem, bądz córką któregoś z muzyków lub wędrowców-bieszczadników. Jedni umieli pięknie śpiewać, inni grać, a jeszcze inni pisali ponoć własne książki lub liryki.
Właśnie wtedy usłyszałam, jak siwiejący Baranek skromnie skulony w ocienionym kącie tipi podrywa struny swej gitary, tworząc ciche tło muzyczne dla młodego pokolenia.
Kędzierzawy młodzik rytmicznie uderzał rękoma w bęben i z zamkniętymi oczyma oraz błogim uśmiechem, ścielącym się na ustach, śpiewał:

''Nie masz szczęścia na tym świecie i sprawiedliwości.
Anioł pije piwo trzecie - diabeł mu zazdrości
Mówi diabeł - Postaw kufla, Bóg Ci wynagrodzi
My artyści w taki upał żyć musimy w zgodzie.
Piwa, nalejcie piwa! Nalejcie piwa!
Z tej starej beczki od Mariana!''

Przyznać muszę, że było to najbardziej ujmujące wykonanie Anioła i Diabła, jakie kiedykolwiek dotąd słyszałam, a chłopak cały wypełniony rytmem i artystycznym porywem, przenosił zgromadzonych w trans i zadumę.
Każdy kolejno zaczął uderzać w swój bęben, a iskry nad ogniskiem znów podskakiwały, jakby tańczyły razem z rozprzestrzeniającym się pogłosem.



Biwak w Bieszczadach

Innym razem, a było to podczas wieczoru, w którym okrzyknięta zostałam Bieszczadzką Indianką, przebywałam przy ognisku z włóczykijami, zjeżdżającymi tu z najodleglejszych zakątków naszego kraju.
To owoce opadłe z tego samego szczepu, co ja. Wiodą normalne, unormowane życie, pachną cywilizacyjną stęchlizną, kochają widok świata oglądanego z góry, jednak jak dla owoców, tak i dla nas los nie bywa nader łaskawy i kiedyś przychodzi czas, w którym opadamy na niziny, rozcinając o jej chłodne krawędzie swoje wątłe skórki. Chyba właśnie dlatego z roku na rok wytwarzamy je coraz grubsze, wierząc, że pozwolą przetrwać bolesny dotyk losu, niszczący prawdziwą naturę człowieka.
Nieustannie powracamy do swej górskiej przystani po dwa, niespieszne oddechy, po radośniejsze bicie serca.

Gawędziliśmy długimi godzinami, a rozmowom tym nie było końca. Pokazałam parę swoich tekstów, które, jak przystało na dobę wszechobecnej cywilizacji, zapisane miałam w internetowej wersji mojego kajecika - Skazana na gór dożywocie.
Słuchali, dociekali, zadawali pytania. Ktoś wziął jeden z moich wierszy i odczytał na głos. To dobre uczucie docierać zwykłym tekstem do niezwykłych ludzi. Jeszcze bardziej niezwykłym jest słyszeć interpretację inną, niż swoja własna, gdzie akcent kładziony jest na inne miejsce, zastanowienie przychodzi w tych najmniej oczekiwanych chwilach, uwypuklając nieraz to, co zdaje się mniej istotne.
Dwoje z nich, wychodząc kolejnego dnia w bezkres połonin, wzięło adres bloga z sobą, by kontemplować teksty podczas górskiej wędrówki. Po zejściu zaczepili mnie i donieśli, że to była podróż przez współodczuwanie po odkrywanie.
Tak nieszczęsny zlepek słów przybrał innego wymiaru, a ja poczułam, że zaczynam przybliżać się do meritum pisania. Cieszy mnie, że choć pozostaję genetycznym samotnikiem, poprzez teksty, jakie po sobie zostawiam, zawsze będę w jakiś sposób blisko ludzi.

Każdy ma swoje własne Into The Wild.



Ten czas chyli się ku końcowi... Za kilka dni nastanie Nowy Rok.
Życzę Wam, żebyście zawsze czuli, że tam, dokąd zmierzacie, znajdziecie kiedyś kres swojej wędrówki.
Każda miniona data, każda przebyta droga, każda mijająca chwila jest podróżą przez swe własne dzieje.
Niechże Wasza wilcza droga kiedyś zaprowadzi do ogniska.

Bądzcie szczęśliwi w 2018.

J.

____________________________________________________________________

Polecam:

Film : Into the Wild (Wszystko za życie)  - Into The Wild (Wszystko za życie)

Czytadła i filmy poświęcone postaci Majstra Biedy

Muzykę do posłuchania w Bieszczadach : Paweł Czekalski




Copyright © 2014 Skazana na gór dożywocie , Blogger